Formowanie człowieka

Anna Dziewit-Meller w Górze Tajget (rozdział "Gertruda"):

"Najcięższą z kar, jaką wymierzamy, jest kara fizyczna, chłosta — wyczytał ojciec w książce dostarczonej mu w stosownym momencie przez wielebnego Fischera. — Tak jak w domu symbolem władzy ojcowskiej jest rózga, tak w szkole oznaką dyscypliny jest kij. (...) Dydaktyczna chłosta jest działaniem, które ma towarzyszyć pouczeniom słownym i wzmacniać ich skuteczność. (...)"

Teraz ludzie giną robiąc sobie selfie

Nuda nie wydaje się wystarczającą przyczyną by ryzykować życie biegając po dachach wieżowców czy wspinając się na strome zbocza, gdzie ryzyko wyparowania w szczelinie jest bardzo wysokie. Gdy to robię, wiem, że żyję, powie jedna z drugim, to wspaniałe uczucie, doda, czy to już nie nałóg, czy to aby nie narkomania, zapytam. Czy to nasze życie jest aż tak nudne, że trzeba dopalaczy, by móc je znieść, by znaleźć jego cel? Dzieci wychowane na wierszykach i opowieściach o bohaterskich czynach prowadzących do szczytnej śmierci, śmierci za ojczyznę, za sprawę, często pojmują cel swojego życia jako śmierć, im szybciej tym lepiej, młodych się żałuje, starych już nie. To doprawdy dziecinne umierać za ojczyznę, partię czy boga, teraz budują żywi, nigdy martwi. Dążenie do zakończenia męki życia pcha niejednego do skoku, ostatecznej korekty, rozbijają się w nadziei, że ich męka skończy się, jednak kończą się tylko oni, męka pozostaje, przecież nie odczują żadnej zmiany, jak mogliby odczuć, kiedy już nie istnieją, męka będzie trwać.

Dobrodziej

Gdy tylko poczuł śmierć za plecami zechciał szybko przypisać komuś winę za taki oto stan rzeczy. Szantażem i groźbami wymusić u innych poczucie winy; doprowadzić do osłabienia woli bliskich, by móc nimi zarządzać, tak jak zawsze chciał; by bez słowa poddawali się jego najbardziej niedorzecznym planom, by realizowali je z wiarą, by brali za nie zawsze odpowiedzialność, dokładnie całą odpowiedzialność bez wyjątków. W wyniku niezliczona ilość niepowodzeń, brzemienne w skutkach decyzje, złe decyzje. Życie przelewa się i ucieka bezpowrotnie, ale to innym, a w jego pojęciu to bez znaczenia — jego życie rozkwita, tak uważa, on już o to zadba by było jak uważa, przecież on wie najlepiej jak i gdzie dobrze zaprezentować swoje wielkie Ja, ubliżając tym, których ma za swoją osobistą służbę, którą trzyma krótko i blisko, dążąc od jej całkowitej izolacji od świata zewnętrznego, jego stado niewolników, którym ubliża nieustannie wyładowując swoje frustracje by następnie użalać się godzinami nad swoim niedostatecznie zaspokojonym głodem sukcesu i światowego życia, wyzywać od głupków przy byle okazji tych, z których już nic lub niewiele może wydrzeć, tych, których już wykorzystał jak jednorazową chusteczkę do nosa; przecież tak bardzo wszyscy go krzywdzą, tak zwierza się napotkanemu przechodniowi, a powinni mu dzięki składać przy każdej okazji, tak wiele dla wszystkich zrobił, temu dogadał, tamtego obgadał, u tamtego nawet mieszkanie urządził, podczas gdy jego rodzina żyje w niegodnych warunkach; tak właśnie, rodzina powinna być mu bardzo wdzięczna, dzieci bić brawo za zaradność i mądrość ojcowską, a żona podstawiać świeżo zakupione złote talerze, przecież już dawno policzył jej pensję; podtykać pod nos kolejne złote talerze ze sztukami mięsa, a najlepiej z wyczerpania paść do stóp dobrodzieja, ucałować zgrzybiałe czarne paznokcie, i dokończyć żywota w wiernej służbie swojemu dobrodziejowi.

Trudne dziecko

Psycholog szkolny od dawna miała problem z tym dzieckiem. Mówiła, że to trudny orzech do zgryzienia, że próbowała już chyba wszystkiego. Dziecko odstawało od grupy w sposób wyraźny. Kulminacją były Mikołajki. Prezent od tego dziecka nie został wręczony, nie było prezentu. Rodzic kategorycznie stwierdził, że prezent został kupiony. Jakby inaczej, pomyślała, przecież to taka wierząca rodzina. Rodzic dodał, że czekolada została zjedzona, a drugiej nie kupi, bo niech się nauczy, podsumował. Psycholog nie dała za wygraną, szukała innego sposobu na dotarcie do dziecka. Pewnego dnia przyszło olśnienie, myśl wiodąca do pomysłu rozwiązującego jej problem wydała się prosta i genialna zarazem. Dzieci spontanicznie zorganizują prawdziwą imprezę integracyjną, która rozwikła zagadkę wyobcowanego dziecka, pomyślała. Zamysł szybko został wprowadzony w czyn, stoły uginały się od jedzenia i picia, pizza królowała. To dziecko natychmiast ożywiło się na informację o imprezie, pełen sukces!, skwitowała. Dziecko prawie codziennie, wielokrotnie dopytywało o szczegóły, to inne dzieci, to nauczyciela wychowawcę, dziecko otworzyło się, pełen sukces!, skwitowała. Dziecko było ciekawe zawsze tego samego, interesowało je przede wszystkim jedno, zawsze z niedowierzaniem pytało, czy to prawda, że będzie pizza, że będzie jedzenie. A każdy będzie mógł zjeść tyle, ile zechce.

Oswajanie lwa

Orwell, za przekładem Julity Mirkowicz, w Roku 1984 pisze:

Należało się uporać z problemem, jak utrzymywać w ciągłym ruchu machinę przemysłu, nie zwiększając zamożności świata. Rozumiano, że dobra należy wytwarzać, lecz nie wolno ich rozpowszechniać. Jedynym realnym rozwiązaniem była więc ciągła wojna. (...) Wojna to sposób na obracanie w pył, wysadzanie w stratosferę lub zatapianie na dno oceanów materiałów, które można by zużytkować inaczej, niepotrzebnie przyczyniając się do podwyższenia poziomu życia szerokich mas społeczeństwa, a co za tym idzie, do ich edukacji. Nawet wówczas, gdy sprzęt bojowy nie ulega zniszczeniu, jego produkcja to wygodny sposób zajęcia siły roboczej bez wytwarzania zbędnych towarów konsumpcyjnych.

Valid XHTML 1.0 Strict