Piąty element Woodstocku

Niedawno zakończyła się dziewiętnasta edycja festiwalu Jurka Owsiaka, a ja świętowałem moją prywatną dekadę woodstockowania. Dla uczczenia mojego zacnego stażu chciałem, aby tegoroczny Przystanek Woodstock był dla mnie w jakiś sposób szczególny, i to, poniekąd, udało się nie-osobiście zrealizować.

Polskie koleje mnie zaskoczyły - zaskakująco pozytywnie. Pociąg do Kostrzynia z Krzyża (jednej z głównych stacji przesiadkowych) zmieścił wszystkich i nie było tłoku. Pociąg z Kostrzynia do Krzyża - podobnie. Selekcja przed wejściem na peron odjazdu pociągu powrotnego była świetnym pomysłem. Na peronie w danej chwili znajdowali się tylko ci podróżni, którzy mieli bilet na pociąg aktualnie podstawiony. Tyle pozytywnych zaskoczeń ze strony tzw. PKP. Pociągi do Krzyża i powrotne z Krzyża były tragiczne jak zawsze: koszmarne opóźnienia, dwa razy więcej ludzi niż miejsc do siedzenia i stania razem, walka o wejście do pociągów: coś jak atak żywych trupów ze znanego serialu; i pewnie coś jeszcze, co mi umknęło. Scena ataku przewijała się wielokrotnie również na polu namiotowym - zwłaszcza przed wejściem do dyskontu, który jest mądrym wyborem, bo innego nie masz, oraz jak zwykle bardzo skromnymi kasami biletowymi PKP przy dużej scenie.

Zaskakujące wyzywająco trudne okazało się znalezienia miejsca do rozbicia namiotu. Tegoroczny festiwal sponsorowały dwa słowa klucze: rezerwacja oraz zasieki. Rezerwacja kilku arów pola namiotowego dla znajomych w liczbie tak dużej, że aż nieznanej, ale uniemożliwiającej innym rozbicie namiotu, z powodu na sto procent pewnego natychmiastowego przyjazdu znajomych (co do końca festiwalu nie nastąpiło) oraz uprzejme ostrzeżenia przed rozbiciem namiotu na zarezerwowanych arach pola pod groźbą nasrania do namiotu, to właśnie przywitało mnie w okolicach miejsca, gdzie od blisko dziesięciu lat obozuję przez te kilka dni festiwalu. Nie spodziewałem się, że kiedykolwiek coś takiego mnie spotka właśnie na tym festiwalu. Nie spodziewałem się wszechobecnych tabliczek z napisami REZERWACJA na polu namiotowym Przystanku Woodstock. Nie spodziewałem się również, że tak trudno będzie dostać się do swojego miejsca obozowaniu, o ile już się takie znajdzie. W poprzednich latach zdarzało się, że jakieś miejsca pola namiotowego były ogrodzone kolorową taśmą czy wyciętymi gałęziami. Nie pamiętam tylko, aby takie grodzenie robiono w tak agresywny i zdeterminowany sposób jak na tegorocznym festiwalu, w sposób prawie całkowicie uniemożliwiający normalne poruszanie się między namiotami. Izolacja, wyizolowanie się od reszty: to raczej sprzeczne z ideą tego festiwalu. Zdaje się, że izolujących się w rezerwatach bardziej obchodzi zawartość zielonej puszki niż jakieś idee, od których mogą załapać doła.

Tłum i ścisk był zaskakujący. Liczba uczestników festiwalu nie była jakaś nadzwyczajnie duża. Zagadkę rozwiązałem, gdy odkryłem, że mnóstwo miejsc, które jeszcze rok temu były wolną przestrzenią, w tym roku zajmują, ogrodzone: a jakże, strzeżone: a jakże, wielkie: a jakże, namioty sponsorów. W tych namiotach nieświadomi sycą się ogłupiającymi kolorowymi reklamami, których jedynym celem jest takie zaprogramowanie odbiorcy do kupienia kolejnej niepotrzebnej mu rzeczy. Sponsorzy są ważni, ale poświęcanie idei festiwalu tylko i wyłącznie dla pieniędzy od sponsora to zły kierunek. Nie wymagam znanych zespołów, które zaśpiewają mi coś znanego o niczym, jak choćby o obiektowo-funkcyjnym japońskim języku programowania. Większość faluje i napiera (bo taka jest zasada dynamiki tłumu), ale ten festiwal nie był i nie powinien być dla tej większości.

Ciekawym wydarzeniem był nocny jazzowy koncert Adama Bałdycha na skrzypcach oraz Jacoba Karlzona na fortepianie. Wielka szkoda, że muzycy akompaniowali do filmu niemego, a nie zdecydowali się na pełnowymiarowy koncert. Jurek Owsiak odkurzył zespół Mazowsze i połączył go z czymś-jakby-techno. Pomysł ciekawy, Mazowsze pokazało klasę i profesjonalizm, zabrakło mi oryginalności w "podkładach" przygotowanych przez Goorala. Wyśmienity koncert dała Maria Peszek: muzycznie, tekstowo, choreograficznie na poziomie światowym. Na małej scenie świetnie zagrał zespół Skowyt, a na zakończenie Moskwa. Moskwa zamknęła festiwal na małej scenie słowami pewnego utworku, który, mam wrażenie, kiedyś przyświecał Przystankowi. Warto i to również odkurzyć.

Wyjątkowo udane były w tym roku spotkania w ASP. Pojawił się m.in. hipnotyzujący Bogusław Wołoszański, niezwykle przenikliwy i zwyczajnie mądry ksiądz Adam Boniecki oraz "pan od seksu", profesor Zbigniew Lew-Starowicz. Chętnie widziałbym jakieś większe usprawnienia w "klimatyzacji" namiotów ASP, naprawdę chętnie.

Świat się zmienia, mówią, ale czy nie można zostawić fejsika, koszmarnego konsumpcjonizmu czy płotów z drutem kolczastym wspieranych chamstwem przed wejściem na ten festiwal. Jeszcze nie tak dawno było to jak najbardziej możliwe. W dziwny sposób nagle zagubił się jeden z elementów układanki zwanej Przystankiem Woodstock, to będzie ten piąty element.

Valid XHTML 1.0 Strict