Następna strona Poprzednia strona Special Numeru Redakcja - Współpraca Redakcja - Skład Redakcja Recenzje Artykuły Zapowiedzi Powrót do strony g­ównej
egrafika WEBDESIGNER - wortal webdesignerów

Deftones - White Pony

Ze swoim trzecim albumem w Mavericku "White Pony", Deftones zrobili nagranie tak erotyczne jak i brutalne, tak ciche jak dynamiczne, tak nieubłagalne jak delikatne, tak niedbałe jak poukładane i tak napięte jak swobodne. Musisz uzbroić się w cierpliwość i przygotować na muzyczny szok...
Z okazji zbliżającej się wielkimi krokami premiery nowego (data wydania przypada na 20 maja 2003) - czwartego z kolei krążka zespołu, promowanego przez signiel Minerva (zobacz okładkę nowej płyty) postanowiłem nieco odświeżyć swoją pamięć muzyczną i ponownie sięgnąć po lekko zakurzoną płytę - White Pony.

The Deftones

Deftones to, jak powiedział wokalista zespołu - Chino Moreno "...dwóch Meksykanów, jeden biały i jeden Chińczyk". Grupa nie jest zwykłym "mocno grającym" zespołem, w końcu nie bez powodu krytycy uznają ją za czołowego przedstawiciela nu-metalu. Moje wspomnienia z pierwszego przesłuchania zawartości płytek - Adrenaline, Around The Fur i w końcu White Pony nie były zbyt pozytywne. Pierwsze, co mnie niebywale przeraziło, to bez wątpienia przenikliwy wokal - świdrujący aż do wewnątrz, na domiar złego (dobrego?) wszystko zostało podparte jakimś psychodeliczno-metalowo-elektronicznym tłem. Na pierwszy rzut oka krążek nie nadawał się do odsłuchu.

Minęło dobre półtora roku. W ramach wymiany CD z muzyką z jednym z moich "kumpli po fachu ;-)" zostałem pozbawiony całej dyskografii ulubionego KoRna (w zamian otrzymałem pełne dyskografie kilku mniej czy bardziej znanych kapeli). Pozostały trzy odłożone "na dolną półkę" płytki i to byli właśnie Deftones. Z początku jakoś nie kwapiłem się do przesłuchania ich zawartości, ale brak nowych dźwięków dawał się we znaki. Wypadło na białego konika... Ciekawe tytuły piosenek - to trzeba zespołowi przyznać (dlaczego nie zauważyłem tego wcześniej?). Płytka zrządzeniem losu znalazła się na tacce odtwarzacza. Ubezpieczony i przezorny zaopatrzyłem się w płytę czyszczącą i to właśnie ona znajdowała się w mojej lewej ręce, podczas umieszczania konika w napędzie. Ostatnie wybryki mojego boom-boxa nauczyły mnie, że nie wolno takim ufać. Tym razem miałem szczęście - płyta czyszcząca okazała się zbędna. Gra.

Feiticeira - to niby jakaś gra, która Chino obserwował podczas pobytu w Brazylii. Sama piosenka jest bardzo zadziorna, ale skonfrontowanie tła z wokalem to dopiero szok. Chcąc, nie chcąc Feiticeira musi zapaść w pamięci (kto może się temu oprzeć?). Droga usłana nastrojowymi, wolnymi, ale także ostrymi, iście diabelskimi piosenkami zaprowadzi nas do świetnego Knife Prty. Następne piosenki pozostawiają jak najlepsze wrażenie, w pamięć zapada zwłaszcza Passenger z udziałem Maynarda z Tool-a. Uwaga - muzyka Deftones wyraźnie (zauważalnie) wpływa na zmysły i zachowanie - i to nie jest żart.

Deftones proponuje sporą dawkę ambitnej i jednocześnie bardzo wysublimowanej muzyki. Jest tylko jeden warunek: do tego typu muzyki trzeba dorosnąć, inaczej: trzeba spróbować ją zrozumieć, w przeciwnym razie nie ma mowy o jakimkolwiek porozumieniu między jej nadawcą a odbiorcą.



"Mimo dużych różnic poszczególnych fragmentów nie ma wrażenia przypadkowości. Takie balansowanie napięciem niesamowicie urozmaica i zapobiega monotonii, o którą w takiej stylistyce dość łatwo. Interesujące partie na tej płycie zarejestrował też bębniarz zespołu. Jest to o tyle ważne, że muzyka ta nie pozostawia zbyt dużo miejsca na solowe popisy. Perkusja spełnia rolę szkieletu i jako taka musi przyjmować określoną rolę. Jednak sprytny Abe (Cunningham - bębny) w zasadniczy kontrapunkt potrafił wepchnąć a to ciekawą zagrywkę na breaku, a to znowu nietypowy akcent werbla. W jednym czy dwóch utworach pojawiają się ciekawe eksperymenty z nieparzystym metrum, co jednak zostało potraktowane z dużą delikatnością, aby nie powodować wrażenia chaosu.

Wszystko wskazuje na to, że zespół bardzo dokładnie przygotował się do nagrania tej płyty. Nie ma tu ani jednego odpuszczonego fragmentu, ani minuty, którą można by nazwać zapchajdziurą. Mimo to po płytę sięgną głównie zagorzali fani takiego grania, ponieważ już sama stylistyka narzuca pewne ograniczenia. Rezygnacja zaś z tej właśnie stylistyki oznaczałaby koniec Deftones jako zespołu rockowego. Jest jeszcze jedna myśl, która przyszła mi do głowy podczas lektury płyty. Nowa produkcja wyraźnie zbliża zespół do sceny niezależnej..."

insooth

data wydania: 20 czerwca 2000
wytwórnia: Maverick Records
koprodukcja: Terry Date
studio: "The Plant", Sausalito w Californii
wydano na: CD, MC, winyl
czas trwania: 48.48'


01. Feiticeira
02. Digital Bath
03. Elite
04. RX Queen
05. Street Carp
06. Teenager
07. Knife Prty
08. Korea
09. Passenger
10. Change (In the House of Flies)
11. Pink Maggit
**. Back To School (Mini Maggit)
**. Boy's Republic
Design&Code by Krzysztof Ostrowski 2003 | Copyright by © musicMAG 2003 | Wszelkie prawa zastrzeżone