 |
Polly Jean Harvey - Is This Desire
Chyba nikt nie ma już wątpliwości, że P.J. Harvey to PIERWSZA DAMA ROCKA. Razem z DIAMANDĄ GALAS stanowi przeciwwagę dla cukierkowatych laleczek z list przebojów. Wspaniała ARTYSTKA, która udowadnia niedowiarkom, że bycie kobietą i jednocześnie bycie muzykiem może z powodzeniem iść w parze z jakością.
Album IS THIS DESIRE ukazał się nakładem Island Records w 1998 roku i zawiera 12 utworów. Przynosi muzykę zróżnicowaną stylowo jak i pod względem ekpresji poszczególnych piosenek. Otwierający album utwór "Angelene" to krótki numer, słodka ballada z partią stonowanego fortepianu i lekkich organów. Następny "The Sky Lit Up" to już pewna zmiana, zapętlona gitara, druga lekko schowana lecz świdrująca gdzieś z boku swoim noisem, świetna perka i prawie paniczny śpiew PJ Harvey w niektórych miejscach. "The Wind" jako trzeci w kolejności ukazuje inne niespodzianki: zgrabny - rzekłbym nawet "damski" flirt z elektroniką, który brzmi jak coś w stylu TO ROCOCO ROT, trąbki, nienachalna parka, która przypomina bit i ambientowe smaczki z szumów w tle. A to tylko początek, dalej jest coraz lepiej. "My Beatiful Leah" zaczyna się dźwiękami maksymalnie przesterowanej gitary czy basu, "podziurawioną" czy też może podzieloną na kawałki perkusją, jakąś dziwną quasi symfoniczną elektroniką przygrywającą w tle, melotronem i beznamiętną deklamacją PJ. Utwór jest tyleż dziwny i surowy w formie co krótki. "A Perfect Day, Elise" to kapitalnie natchniona ballada, tak "atmosferyczna" i uduchowiona, że prawie pachnąca space rockiem. "Catherine" to kolejne zaskoczenie: plemienny duch transu unosi się nad całym utworem, który można by w cudzysłowiu nazwać minimalistycznym ze względu na szczątkowość użytego akompaniamentu, można pokusić się o stwierdzenie, że ten akompaniament jest nawet garażowy, brudny i nie poddany zabiegowi wypieszczenia jak to się zwykle dzieje podczas produkcji. Także następny "Electric Light" to surowy klimat, słychać ciągły szum, nieokreślone - niewiadomojakie ambientowe dźwięki, cicho zmieniające się głęboko pod linią basu i ascetycznie odmierzanego werbla. "The Garden" to zwykła piosenka o ile piosenki PJ Harvey można nazwać zwykłymi. "Joy" wali dosłownie po mordzie swoim "naturalizmem" i brakiem subtelności rodem z huty przy wytopie surówki. Dzikie sample, buczące dźwięki, zapętlone uderzenie w talerz, jakiś "ping-pongowy" loop, krzycząca PJ. Żadnej wieśniackiej słodyczy i nie ma przebacz, czysta masakra. Jak słucham "The River" to padam na kolana, zdecydowanie bowiem ten utwór jest najlepszy z całej płyty i łączy porozrzucane na albumie dźwięki w całość. Spokojny wokal, rozwichrzona noise'owa gitara skrzecząca z tyłu, lajtowy fortepian i instrumenty dęte potęgujące dołujący nastrój. "No Girl No Sweet" to full garaż, prawie, że brzmiący jak z amatorskiego wykonania oraz z dziwacznym elektronicznym loopem ale finalnie fantastyczny.
Album kończy utwór tytułowy czyli "Is This Desire". Bez niespodzianek ale słuchając odnosi się wrażenie jakby coś tam pod spodem się czaiło na uszy słuchacza.
IS THIS DESIRE to rzecz wyjątkowa pod każdym względem. Kto nie zna POLLY JEAN HARVEY - jest okazja aby się dokształcić. Gorąco polecam ten album, ostatni jaki na razie wydała PJ czyli "Stories From The City, Stories From The Sea" oraz poprzednie jako doskonałe uzupełnienie domowej kolekcji o dorobek pewnej wrażliwej i jednocześnie obsceniczno-agresywnej kobiety. 12 utworów z których żaden nie mógłby być radiowo-jedynkowym hitem gdyż wszytkie kończą się akurat w najlepszym momencie i wszystkie pozostawiają bolesny niedosyt a to jest już prawdziwa SZTUKA, która się udaje nielicznym...
|
|
 |