Menu  październik 2003 (10)  indeks . zapowiedzi . artykuły . recenzje . muzyka w sieci . redakcja . special numeru . magazyn on-line
musicMAG /  Internetowy Magazyn Muzyczny Poprzednia stronaIndeksNastępna strona

  

Judas Priest - Reunion

Największa sensacja Świata Metalu w tym roku. The Priest Is Back! To niewiarygodne! Po 12 latach do jednego z największych bandów świata wraca Rob Halford. Wiadomość jest tym bardziej ekscytująca, bo zespół już wszedł do studia w celu nagrania nowej płyty i wyruszenia w trasę - wszystko to w 2004 roku!
Zdaję sobie sprawę, że dzisiaj wielu z Was czytających ten artykuł może nieźle się nagłowić przypominając sobie ten zespół. Ale prawda jest taka, że gdyby nie odejście Roba Halforda w 1990 roku to wszyscy byście wymieniali ten zespół jednym tchem z Metalliką i Iron Maiden jako najsłynniejsza metalowa trójka. W USA sprzedali więcej albumów niż w/w bandy razem wzięte. Ale początki były trudne ....

Wszystko zaczęło się podobno już 1969 roku, kiedy to mieszkający w ponurym Birmingam gitarzysta K.K. Downingi basista Ian Hill założyli kapelę rockową. Nazwę zaczerpnięto z kompozycju Boba Dylana The Ballad Of Frankie Lee And Judas Priest. Początkowo wokalistą był niejaki Alan Atkins, ale po kilku rozpadach i przywracaniach grupy do życia Ian zwrócił uwagę na brata swojej dziewczyny, operatora światła w teatrze - Roba Halforda. To zadziwiające, że z nowym wokalistą w osobie Roba grupa od razu zaczęła odnosić sukcesy, takie jak występy w dużych klubach, o których wcześniej mogła tylko pomarzyć. Po latach Rob w wywiadach przyznaje, że mimo, iż nigdy nie uczył się śpiewać, to zawsze robił ze swoim głosem, co tylko chciał - i to zapewne okazało się przepustką do sukcesu. Fakt faktem, że Rob został nazwany przez Luciano Pavarottiego najlepszym wokalistą muzyki rozrywkowej. Opinia takiego mistrza o czymś jednak świadczy. W roku 1973 podpisali pierwszy kontrakt, a rok później wydali debiutancki longplay, Rocka Rolla. Cóż można powiedzieć o tym niezbyt przekonywującym wydawnictwie, które nijak odnosi się do kolejnych płyt? Psychodeliczny rock, który panowie zagrali na tym albumie powoli znikł gdzieś na kolejnym wydawnictwie - Sad Wings Of Destiny . Przyniósł on już pierwsze hity, jak Genocide, Tyrant, czy The Ripper, które zespół wykonuje do tej pory na koncertach. W 1977 roku przyszedł czas na Sin After Sin, który po latach wypada dosyć blado. Przyczyną jest zapewne fatalna produkcja Rogera Glovera, znanego z Deep Purple. Znacznie lepiej wypada kolejny album - Stained Class z 1978, lecz dobre lata panów jeszcze nie nadeszły. W tym samym roku następuje przełom. Album Killing Machine z megahitem Hell Bent For Leather zapocztkowywuje nową erę Priest.

Koniec lat 70- tych to zdecydowany początek tego właściwego heavy-metalu. To tak naprawdę wtedy powstał ten styl. Warto zauważyć, że tamte płyty stały się odnośnikami dla młodych zespołów dopiero co czyniących pierwsze kroki w muzyce. Judas Priest dokonali pewnego przełomu i to nie tylko muzycznego. To oni wówczas stworzyli typowy metalowy image - skóry, ćwieki, łańcuchy, harleye czy też kajdanki. Zwłaszcza Rob Halford uwielbiał takie fetysze. To może zabawne, co teraz powiem, ale to prawda. Otóż przeniesiemy się w daleką przyszłość, do roku 1998, kiedy to Rob Halford oficjalnie przyznał się do swojego homoseksualizmu. Wówczas różni dziennikarze zaczęli dociekać, czy to metalowcy ubierają się jak geje, czy geje ubierają się jak metalowcy. Wokalista Judas Priest rozwiał te wątpliwości, opowiadając, jak to przemycił wówczas niezbyt znaną modę gejów do świata metalu. Szokujące, ale prawdziwe. Odpuśćmy sobie jednak analizowanie seksualnych preferencji Halforda. Może człowiek o tak niezwykłym głosie nie może być do końca "normalny". Fakt jest faktem, że image ten bardzo zwracał uwagę mediów na metal. Potem każdy zespół heavymetalowy wkładał skóry, tak jak pionierzy stylu, o których mam przyjemność pisać. Priest wówczas wybrali dogodny moment do wydania koncertówki. Unleashed In East stał się ikoną heavymetalu końca lat siedemdziesiątych. Dziennikarze traktują go już jako klasyka hard-rocka. Nową dekadę panowie rozpoczęli wydając, będący kontynuacją stylu z poprzedniego albumu krążek British Steel. Tą płytą panowie podbili świat. Dla samych muzyków Priest jest to opus magnum zespołu. Breaking The Law, Metal Gods czy Rapid Fire to kanon metalu, absolutna klasyka. Troszeczkę słabsze hity znajdowały sie na kolejnym albumie, Point Of Entry. Krążek znacznie słabiej się sprzedał, co nie przeszkodziło zespołowi w podbijaniu świata swoimi wspaniałymi koncertami. Wydawało się, że po takim majstersztyku, jak British Steel, grupa nie zdoła zrobić już niczego lepszego. I tu wielu sceptyków musiało uchylić czoła przed panami z Birmingham, gdyż w roku 1982 zaserwowali fanom absolutne dzieło. Screaming For Vengeance odniósł niesamowity sukces w Stanach, a to oznaczało miliony $. Singlowy You've Got Another Thing Comin' utrzymywał się na bardzo wysokich pozycjach na listach przebojów. Ale prawdziwym hitem był kultowy Electric Eye, który stał się punktem obowiązkowym na każdym koncecie Priest po dzień dzisiejszy. Zresztą cały album był kopalnią hitów. Po wyczerpującej trasie panowie zrobili sobie roczną przerwę, by w 1984 roku powrócić płytą Defenders Of The Faith. Mimo, iż dorównuje ona poprzednikowi, jeśli chodzi o kompozycje, a brzmieniem powala go wręcz na głowę, to sukces sprzedaży był znacznie mniejszy. Kolejne lata nie były zbyt pomyślne dla Priest. Najpierw proces wytoczony przez rodziców dwóch gnojków, którzy jakoby pod wpływem muzyki zespołu popełnili samobójstwo (zakończył się dopiero w 1992 roku przed rozpadem Judas).
Potem najgorszy album zespołu, wydany w 1986 roku Turbo ze strasznie kiczowatymi singlami i klipami do nich. Koncertówka robiła o wiele lepsze wrażenie. Priest ...live zawierał bowiem najlepsze numery z kultowych krążków zespołu. 88 rok to czas wydania równie kiepskiej, choć cięższej i szybszej od poprzedniej (Turbo była przesycona elektroniką) płyty pod tytułem Ram It Down. Wraz z jej wydaniem Priest na dobre zapisali się w pop-kulturę, jako najsłynniejszy przedstawiciel heavy-metalu. Szkoda, że kosztem muzyki, która stała się do bólu kiczowata i bezpłciowa. Jednak panowie szybko wynagrodzili nam te chude lata, nagrywając absolutne opus magnum heavymetalu, jakim niewątpliwie jest Painkiller z 1990 roku. Zespół szybko wrócił do łask, płyta kilkakrotnie okrywała się platyną. W tym czasie Priest zagrali na Rock In Rio II przed gigantyczną publiką 250 tys. fanów. Niestety w tak ważnym momencie zespół postanowił opuścić Rob Halford, któremu kontrakt nie pozwalał na wydawanie solowych płyt. Czar prysł. Judas Priest oficjalnie rozwiązało działalność w 1993 roku.



Oj, źle się działo na początku lat 90-tych. Rob Halford założył Fight, w którym udzielał się perkusista Priest, Scott Travis. Płyta War Of Words(1994) przepadła bez echa, pomimo, że była niezła. Rob zaserwował fanom na niej trochę cięższą muzykę niż w swoim macierzystym zespole. Oscylowała ona w klimatach thrashu i core'a. Warto wspomnieć o dosyć ciekawym wydarzeniu w historii metalu, mianowicie pewnym koncercie zagranym w listopadzie 1992 roku. Był to koncert Black Sabbath, ale nietypowy. Wokalistą był bowiem ...Rob Halford. Tak, Rob był członkiem Sabbath przez tydzień i byłby dłużej, gdyby nie chęć Ozzy'ego do powrotu. Może z nimi lepiej by mu wyszło, gdyż druga płyta Fight okazała się jeszcze większą klęską. W dodatku muzycznie również nie zachwycało. Nastał rok 1997 i Glen Tipton nagrał solową płytę. Kilka tygodni później stała się rzecz niemożliwa - wskrzeszenie Priest! Nowym wokalistą został Amerykanin Tim Ripper Owens, który zaczynał w zespole grającym covery Judasów. Jego niezwykła droga do kariery stała się inspiracją do nakręcenia filmu Rockstar. Wydany w 1997 roku Jugulator zawierał elementy thrashu, więc zespół porzucił starą konwencję. Ripper świetnie radził sobie przy mikrofonie, w czym pomagała mu bardzo podobna do Halforda barwa głosu. Zatrzymajmy się przy Robie. Otóż w 1998 roku wydał elektroniczną płytę Voyeurs sygnowaną nazwą Two . Tym drugim był Trent Reznor - bóg techno metalu. Nie było to dobre posunięcie, mimo iż każdy był zainteresowany, jak Halford poradził sobie w takiej konwencji. Po koncertach promujących ten album Rob przypomniał sobie, kim tak naprawdę jest. W 1999 roku uformował nową ekipę i sworzył grupę Halford. Rok później nagrał cudo metalowe, zwane Ressurection. Płyta okazała się niesamowitym hitem, Rob wrócił do łask. Podczas tzw. press tour odwiedził Polskę i dał setki wywiadów. Potem udał się w trasę z Iron Maiden, którzy wydali równie przełomową płytę w podobnym czasie. Rok 2001 przyniósł drugi album nowego Priest, Demolition. Okazał się on mieszaniną poprzedniej płyty ze starszymi dokonaniami bandu. Cały świat metalu jednak bardziej był zainteresowany Robem, którego płyty, nie ma co ukrywać, były znacznie lepsze od nowego Priest. W 2001 wydał arcydzieło koncertowe Live Insurrection, na którym nowe wersje starych kompozycji Judasów brzmiały tysiąc razy lepiej od tych nagranych przez samych Priest na koncertówkach 98- Meltdown i Live In London. Starzy koledzy Roba zostali ostatecznie przyćmieni, gdy ten nagrał genialny krążek, mianowicie Crucible (2002). Muszę się bez bicia przyznać, że sam lepszego metalowego albumu jeszcze nie słyszałem. Nastał rok 2003, Priest wydali Live In London, a świat zaczęły obiegać plotki o ewentualnym powrocie Roba do Judas. Plotki te były jednak systematycznie dementowane przez management obu stron. Pamiętam, że czytałem wyjątkowo kiepską recenzję w/w koncertówki, w której autor stwierdził, że często plotki po wielu miesiącach okazują się prawdą. I stało się! 11 lipca 2003 Rob Halford oficjalnie powrócił do zespołu. To najważniejsze wydarzenie od czasu powrotu Bruce' a Dickinsona do Maiden. W przyszłym roku będziemy mieli gorącą premierę - po 12 latach nowy album Priest z Halfordem. Oby takie wydarzenia miały miejsce częściej, to metal byłby silniejszy.......

Paweł Markowski

Poprzednia stronaIndeksNastępna stronaPoczątek strony
Design&Code by Krzysztof Ostrowski © 2003 [v.4.1] | Copyright by © musicMAG 2003 | Wszelkie prawa zastrzeżone