Menu  maj-czerwiec 2004 (17)  indeks . zapowiedzi . artykuły . recenzje . muzyka w sieci . redakcja . special numeru . magazyn on-line

Alicia Keys - 18.04.2004, TVP

Rzadko zdarza się, by telewizja publiczna pokazała jakiś wartościowy program. A już jeśli chodzi o programy muzyczne to oferta programowa wykazuje tu bardzo poważne zaniedbania. Na szczęście od czasu do czasu osobom układającym ramówkę zdarzają się przebłyski geniuszu i wśród komercyjnego chłamu, w którym pokazuje się spiewającego z playbacku Ricky'ego Martina, czy sławetnego Enrique "Enrycze" Iglesiasa, uda się przemycić pół godziny dobrego grania i śpiewania.
Cynicy zapytają pewnie - a kiedyż to TVP zdażył się ów przebłysk? Zniecierpliwionym spieszę z odpowiedzią, że 18 kwietnia. Równocześnie ostrzegam wszystkich Czytelników, że był to jedynie przebłysk, co oznacza, że limit wykorzystania szarych komórek został przekroczony i w najbliższym czasie zapewne nie będziemy mieli okazji go doświadczyć. Ale wracając do rzeczy, a właściwie do programu, czyli do bloku "Gwiazdy w Jedynce", w którym przez pół godziny poświeciła nam czarnoskóra i czarnogłosa Alicia Keys. Przymiotnik "czarnogłosa" jest według mnie kwintesencją tego, co najbardziej charakterystyczne dla brzmień utworów Alicii, czyli niesamowitego głosu, o kilkuoktawowej rozpiętości, który sprawia, że znakomie są w jej wykonaniu zarówno niskie dźwięki, podkreślające ciepło głosu, jak i góry, w których wokal wibruje, dając wrażenie niezwykłej przestrzeni.

Alicia Keys gra na fortepianie od 7 roku życia i w większości kompozycji wykorzystuje ten atut, akompaniując do śpiewanych przez siebie tekstów. Po klawiszach fortepianu czy keyboardu porusza się ze zręcznością doświadczonego wirtuoza, dzięki czemu jest jeszcze bardziej autentyczna w przelewaniu myśli i uczuć na język nut i dźwięków. Koncert rozpoczyna się właśnie takim popisowym maratonem po klawiszach keyboardu, którym artystka niemal hipnotyzuje publiczność. Nastrój prawie jak z mrocznych filmów o Draculi, w których dla podkreślenia grozy wykorzystuje się "Toccatę I Fugę d-moll" Bacha. Pozorna groza i harmonia zostaje jednak zburzona charakterystycznym dla czarnej muzyki bitem bębnów. Alicia chwyta mikrofon i porywa publiczność utworem "Rock With U", w którym obok perkusji dominuje gitara basowa. Znakomicie się przy tym porusza, co sprawia wrażenie niezykłej jedności między artystką a ulatującymi w przestrzeń dźwiękami.


Dynamizm nie przestaje nawet towarzyszyć artystce w nieco spokojniejszym utworze "If I Was Your Woman", którym wraz z chórkiem znakomicie przechodzi do jednego ze swych największych hitów "Woman's Worth". Zmiana tempa jest moim zdaniem zawsze świetnym chwytem aranżacyjnym, ale w tym wypadku daje dodatkowy efekt. Artystka łączy tu bowiem dwie kompozycje, w których wyraża się jako kobieta, znająca swoją wartość i poszukująca prawdziwej miłości. Na żywo ten kawałek brzmi jeszcze bardziej ekspresyjnie niż w wersji studyjnej, a chórek naprawdę mistrzowsko tworzy tło dla wokalnych popisów Alicii. Jedynym minusem tej wersji jest chyba to, że utwór tak szybko się kończy. Alicia siada do klawiszy.


Delikatne muskanie keybordu i równie delikatny głos wokalistki wprowadzają słuchacza w pierwsze takty "If I Ain't Got You". Przepiękna linia melodyczna, wyśpiewana przy tylko akompaniamecie fortepianowych brzmień pozwalają wychwycić to, co w muzyce najpiękniejsze - czyli współbrzmienie głosów. I tu kolejny ukłon w stronę chórzystów, z głosami których Alicia brzmi po prostu niebiańsko. Zaczerpnięta, z charakterystycznych dla chórów gospel brzmień, aranżancja wyraża sens istnienia muzyki, pozwala uchylić publiczności kawałek duszy artystki. To tak jakby czytać jej pamiętnik, przyglądać się największym sekretom. I rzeczywiście tak jest - w przenośni i dosłownie, bo kolejny utwór to "Diary". Tym razem jest do duet z jedynym facetem w chórku, z którym Alicia znakomicie uzupełnia się głosem, barwą i ekspresją. W kolejnym utworze "Streets Of New York" Alicia porywa słuchaczy w podróż po mieście, w którym narodziła się jej miłość do muzyki. Agresywny i ostry bit przypomina, że to właśnie w kulturze Afroamerykanów zakorzeniony jest dzisiejszy soul, hip-hop i funk.

Publiczność jednak niecierpliwie czeka na inny utwór. Zna go każdy, kto kiedykolwiek słyszał Alicię. Nikt jednak nie zdaje sobie sprawy, że kolejny popis fortepianowej wirtuozerii to w rzeczywistości rozbudowany wstęp do "Falli'n" - piosenki, którą Alicia rozpoczęła swoją muzyczną karierę. Dopiero, kiedy wokalistka robi charakterystyczną, długą pauzę, wszystko staje się jasne. Czystym i mocnym dźwiękiem intonuje pierwszy wers tekstu, by następnie poprowadzić swój głos wraz z akompaniamentem klawiszy i bębnów. Również i w tym wypadku wersja "live" przebija nagranie studyjne. Szczególnie w końcówce, w której Alicia improwizuje, słychać jak wielkimi możliwościami głosowymi dysponuje artystka. Alicia bawi się głosem, ale nie lekceważy publiczności i nie idzie na łatwiznę. Nie unika wysokich dźwięków, których tak boją się wszelkiego rodzaju "sezonowe" gwiazdeczki. Jeszcze raz udowadnia, że nagroda Grammy Awards (właśnie za "Fallin'") była zasłużonym wyróżnieniem. Trudno to wyrazić w słowach - po prostu trzeba to usłyszeć i sączyć dźwięk po dźwięku tę wspaniałą muzyczną ucztę.

Na zakończnie Alcia uspokaja rozentuzjazmowaną publiczność utworem "You Don't Know My Name". Jednak zanim zaczyna śpiewać, wyznaje słuchaczom, że nie mogła wymarzyć sobie lepszego miejsca, niż scena i lepszego sposobu na poznawanie siebie niż muzyka. I takie też jest moje zdanie. Bo przecież muzyka porusza dusze i nadaje im rytm. I mam nadzieję, że to właśnie Alicia Keys będzie wybijać ten rytm jeszcze przez długi czas.

Created by © insooth 2004 [v.5] / © IMM musicMAG 2003-2004
Zamów prenumeratę musicMAG-a! Następna strona Index Poprzednia strona Następna strona Index Poprzednia strona Skocz do góry Następna strona Index Poprzednia strona