Menu  maj-czerwiec 2004 (17)  indeks . zapowiedzi . artykuły . recenzje . muzyka w sieci . redakcja . special numeru . magazyn on-line

Eurowizja 2004 - stracone złudzenia

Eurovision Song Contest Istanbul 2004. Spośród kilkunastu wykonawców prezentujących wyjątkowo niski poziom umiejętności wokalnych trudno wyłonić zwycięzcę, którego propozycja odznaczałaby się przemyślaną kompozycją. Czarę złego dopełnia anemiczne prowadzenie Meltem Cumbul i Korhana Abay oraz problemy techniczne związane z nagłośnieniem. Konkurs, jako całość, trafnie komentują słowa jednego z najlepszych polskich dziennikarzy - tu w roli spikera TVP - Artura Orzecha (opinia wypowiedziana po występie grupy z Holandii): "Myślałem, że nie dotrwam do końca, ale byłem dzielny!"

Kolejny raz z rzędu EBU (Europejska Unia Nadawców - organizator w/w konkursu) postanowiła bronić słusznej opinii, że Konkurs Piosenki Eurowizji nie jest wykładnią poziomu występującego artysty. Jednak, patrząc na to z drugiej strony, wykonawcy biorący udział w finałach (czasami wyłonieni w półfinałach - czytaj niżej) zostali wybrani drogą głosowania przez swoich rodaków - a więc demokratycznie. I zrozumiałe jest dla mnie, że każdy ma swoje gusta, o których nie warto dyskutować. Ale, o tragedio grecka!, jeżeli tak ma wyglądać sfera trendy w muzyce europejskiej - zarzucająca nas mnogością tanich boysbandów, wokali i image'y ob-scenicznych a'la panna Spears - to ja nie gram dalej, zabieram swoje gusta i idę szukać innego placu zabaw.


Tegoroczny festiwal odbywał się na nowych, zmienionych w stosunku do poprzednich, zasadach, którym warto się przyjrzeć bliżej. Pierwszą część konkursu (poza wcześniejszymi preselekcjami w danych krajach Europy) stanowił półfinał, który odbył się 12 maja. Największą liczbę punktów zdobył utwór Željki Joksimovića "Lane moje"(263 punkty), na drugiej pozycji uplasowała się późniejsza triumfatorka 49.Konkursu Piosenki Eurowizji, reprezentantka Ukrainy - Ruslana (256 punktów). Trzecie miejsce przypadło w udziale Sakisowi Rouvasowi z Grecji (238 punktów). Oto klasyfikacja: 1.Serbia i Czarnogóra - 263, punkty, 2.Ukraina - 256 punktów, 3.Grecja - 238 punktów, 4.Albania - 167 punktów, 5.Cypr - 149 punktów, 6.Holandia - 146 punktów, 7.Bośnia Hercegowina - 133 punkty, 8.Malta - 74 punkty, 9.Chorwacja - 72 punkty, 10.Macedonia - 71 punktów, 11.Izrael - 57 punktów, 11.Estonia - 57 punktów, 13.Dania - 56 punktów, 14.Finlandia - 51 punktów, 15.Portugalia - 38 punktów, 16.Litwa - 26 punktów, 17.Łotwa - 23 punkty, 18.Andora - 12 punktów, 19.Białoruś - 10 punktów, 19.Monako - 10 punktów, 21.Słowenia - 5 punktów, 22.Szwajcaria - 0 punktów. W przypadku Serbii i Czarnogóry 12 punktów otrzymali od: Austrii, Bośni i Hercegowiny, Szwajcarii, Chorwacji, Szwecji, Słowenii i Ukrainy. Co ciekawego widzowie tych krajów podczas finału przyznali również maksymalną ilość punktów kompozycji "Lane moje". Przypomnijmy, że w półfinale nie głosowali telewidzowie z: Rosji, Francji oraz Polski. Informacje pochodzą ze strony Eurowizja.com. Wyniki półfinałów potwierdzają, że piosenki występujące w tej części konkursu mają większe szanse na wygranie. Może to być związane z wstępnym zapoznaniem się publiczności (widza) z danymi propozycjami, oswojenie się i wybranie najlepszej.

Konkurs odbył się w Hali widowiskowo-sportowej im. Abdi Ipekçiego znajdującej się 15 km od centrum Stambułu, a będącej własnością Tureckiej Federacji Piłki Koszykowej. Obiekt posiada m.in. centrum prasowe, pomieszczenia dla gości, pomieszczenia do realizacji transmisji, zaplecze sanitarno-medyczne oraz widownię mogącą pomieścić 10550 osób. Mimo, że nad właściwym przebiegiem konkursu czuwała ekipa techniczna złożona z ok. 800 wykwalifikowanych pracowników nie obyło się bez problemów z nagłośnieniem imprezy (nie tylko w czasie licznych prób) oraz stłuczonej podłogi. Osoby opracowujące stronę wizualną (np. elektroniczne tablice wyników i głosowań) nie zadbały o słabo widzących. Pod tym względem Stambuł 2004 znacznie ustępował ubiegłorocznej Rydze. Na pochwałę zasługuje zaś świetna scenografia. Budowana była zgodnie z motto brzmiącym "Pod tym samym niebem" - sugerującym łączenie, skupianie się różnych kultur w jednym miejscu, co może odnosić się do charakteru festiwalu, ale także do kraju, jakim jest Turcja. W Turcji bowiem zetknęły się ze sobą różne cywilizacje, różne kultury i różne religie. Zapewne nie pomylimy się wiele, jeżeli owe motto powiążemy z faktem jednoczenia się Europy - w końcu ESC to także przedsięwzięcie polityczne, nie tylko czysto komercyjne.
Scena konkursowa składała się z trzech kopuł, z których jedna, największa, otulała jednocześnie największy element podium dla wykonawców. Atmosferę unikalną dla każdej z konkursowych piosenek tworzyły efekty świetlne widoczne na ścianach kopuł oraz projekcje wyświetlane na trzech owalnych, przesuwalnych elementach podium. Zachwyciła mnie także prezentacja kultury Turcji w formie świetnego (nie chcąc użyć słowa 'show') przedstawienia, jakie zaserwował nam gospodarz. Tradycją bowiem każdego finału tego konkursu jest prezentacja własnego kraju, kultury i odrębności uczestników, a zwłaszcza państwa organizującego. Strona turecka dała nam możliwość podziwiania jednej z najlepszych takich autoprezentacji (trwającej w czasie dziesięciu minut głosowania audiotele/SMS). Urzekająca choreografia i przemyślany program przybliżający nam tą, w końcu nie tak odległą, kulturę złożyły się na świetne widowisko. Podobnego już od wielu lat nie miałem szansy podziwiać.


Finały prowadził obok Meltem Cumbul (34-letniej tureckiej aktorki), zamiast Enrique Iglesiasa, Korhan Abay, 50-letni prezenter, aktor i pilot, który miał już okazję prowadzić turecki finał narodowy w roku 1990. Wybór takich prowadzących na pewno nie przyczynił się do dania jakiegoś plusa ekstra na rzecz tegorocznej Eurowizji, wręcz przeciwnie. Ci prezenterzy po prostu nie zainteresowali widza. Nie pomogło nawet, zaraz po rozpoczęciu transmisji, świetne wykonanie "Volare" przez Meltem Cumbul jako bodźca mającego rozruszać publiczność, no i oczywiście być czymś zapobiegającym wypadnięciu z ich łask. Rzeczywiście Abay i Cumbul nie wypadli z łask, pozostali mi obojętni. Podobno partner sceniczny Meltem miał spore kłopoty z językiem angielskim - przyznam, że nie zwróciłem na to uwagi. Pewnie E. Iglesias nie miałby z tym problemów, jednak obawiam się, że z resztą spoczywającego na nim zadania, tak. Wnioskuję to po zapoznaniu się z nagraniami kilku udzielonych przez niego wywiadów. Na miejscu - przyznajmy: weteranów sceny konferansjerskiej - widziałbym Sertab Erener - wokalistkę, która przyniosła zwycięstwo Turcji (tak zrobiono m.in. rok temu w Rydze) oraz jakiegoś młodego frontmena tureckiego zespołu, choćby Tarkana, który także był brany pod uwagę przez EBU i TRT w dobieraniu partnera dla Cumbul.

Spośród 24 zaprezentowanych piosenek znalazłem tylko cztery godne uwagi. Niestety, wśród boysbandów; przynudzających czy prezentujących swoje zdolności gimnastyczne mięśniaków w rytm latynoskich piosenek, młodych śpiewaków; panienek w skąpych strojach składających się z dwóch kawałków, najczęściej, jakiejś skóry, kręcących tyłkami i machających nogami, do tego posiadającymi nikłe umiejętności wokalne; ciężko wybrać cośkolwiek interesującego. Zgiełk, hałas, ogłupiający bit, masa roznegliżowanych panienek obleganych przez mięśniaków pokazujących swoje gołe torsy (tak prezentuje się teraz definicja "sekcji tancerzy"), wątpliwe zdolności - pomyłka, jeżeli ktoś sądzi, że ESC to konkurs talentów.


W tym roku totalnie zawiodłem się na Francji, która zawsze mogła się poszczycić tytułem najlepiej skomponowanej i zaśpiewanej piosenki w całym festiwalu. Zrekompensował mi to Cypr - aż dziw bierze, gdy uświadomię sobie, że taka kompozycja trafiła na taki konkurs. Genialne wykonanie, piosenka pisana jakby z myślą o W. Huston, czy jak twierdzą inne źródła - Barbarze Streisand. Muzyką etniczną powiało podczas występu Serbii i Czarnogóry - to także jedna z najlepszych kompozycji tego festiwalu. Dla mnie to oni są zwycięzcami, i zastanawiam się tylko jak będzie wyglądał finał ESC 2005 - prawdopodobnie w Kijowie. Obecny "problem" Ukrainy można porównać z tym, co by się stało, gdyby Polska wygrała finały w 1994 roku - wtedy byliśmy reprezentowani przez Edytę Górniak, wtedy to jeszcze liczyły się umiejętności wokalne uczestnika, a nie tylko show, jakie da publice. Brak właściwie rozwiniętej infrastruktury telewizyjnej może stanowić dla Ukrainy sporą przeszkodę organizacyjną. Jeżeli chodzi o samą piosenkę zwycięską to raczej mnie nie zainteresowała - za bardzo przypomina ubiegłoroczną kompozycję Sertab "Everywhere That I Can", a rzucanie futrami i skakanie po scenie w skąpym odzieniu nie waży dla mnie na wyniku. A jednak masy takie coś uwielbiają - w końcu w rankingach przedeurowizyjnych Ukraina była bardzo wysoko. Wysoko oceniam występ zespołu Athena, tegorocznego reprezentanta Turcji. Połączenie hip-hopu, melodii, folku (sekcja dęta prawie jak Bregovič) i ostrego brzmienia gitary dowodzi dużych umiejętności muzyków. Poza tym nawiązuje do nurtów muzyki progresywnej, odkrywającej nowe horyzonty, czego każdego roku unika większość uczestników ESC. Głosowałem na Turcję, ale wcale nie cieszyłbym się gdyby wygrali - wygrać teraz w Eurowizji nie zawsze jest pozytywne w skutkach dla samego wygrywającego. Oni po prostu trafili na nieodpowiedni festiwal. Piszę to z całym szacunkiem dla zespołu.

Moim ostatnim faworytem była reprezentacja Polski. I to nie wcale z jakichś pobudek patriotycznych, geograficznych, politycznych czy jakichkolwiek innych. Nie! Odcinam się od tego. I dodam jeszcze, że wcale na nich nie głosowałem w preselekcjach, ponieważ już wtedy byłem pewny, że stanie się to, co stać się musiało. Mimo, że "Love Song" było znacznie słabsze o doskonałej ubiegłorocznej propozycji Blue Café "You May Be In Love" doceniłem duże walory artystycznej tego utworu. Jak zawsze świetna sekcja rytmiczna - zwłaszcza gitara basowa, później instrumenty dęte, cudny wokal - tak jest w wersji studyjnej. Niestety na scenie tak nie było. Od razu, chociaż skrzętnie to ukrywała, niekorzystnie odbiła się na wokalu Tatiany Okupnik trema. Jakaż ona była stremowana! Dobrze, że szybko udało się jej ją przezwyciężyć. Próby poderwania publiczności do wspólnego śpiewania (co robiła już wcześniej - np. na konferencji prasowej) sczezły na niczym - publiczność była tak zszokowana jej oryginalną barwą głosu, że nie zdołała nawet podnieść się i zacząć klaskać w rytm "Love song, sweet song". Niepotrzebnie zrezygnowano z kilku instrumentów i zaprezentowano jakby "surową" wersję "Love Song". Jednakże oceniam ich występ jako udany. Wyszło to profesjonalnie i bez zbędnych elementów. Moje uznanie znalazła trójka bujających się muzyków z prawej strony. Piosenka wbiła się klinem w cały tegoroczny konkurs Eurowizji, podobnie jak propozycja turecka, z tym tylko wyjątkiem, że polska - krótsza zaginęła pośród potoku zanudzając na śmierć słodkich cukiereczków na torsje. Może kolejny raz podeszliśmy do tego festiwalu zbyt ambitnie? Chyba tak, patrząc na ubiegłoroczny sukces.

Różnie się ocenia kreację wokalistki Blue Café, w której wystąpiła w finale ESC. Jednak był to jej (albo raczej ich choreografa) wybór. Rzeczywiście, gdyby zrzuciła z siebie te "firanki" w trakcie zakładania nogi na szyję Pawła Ruraka-Sokala śpiewając refren "Love song, sweet song" pewnie zajęlibyśmy dużo wyższe miejsce. Inni tak robili i to z wielkim sukcesem. Kolejny przykład, że Eurovision Song Contest nie jest wykładnią poziomu artysty, a co za tym idzie, jego umiejętności.

Miejsce, które zajęliśmy to 17. (oznacza to, że w 2005 roku Polska uczestniczyć będzie w półfinale 50. Konkursu Piosenki Eurowizji starając się o kwalifikację do finału) . Zdobyliśmy 27 punktów, na Blue Café głosowali widzowie z Cypru (2 punkty), Niemiec (4), Hiszpanii (1), Grecji (4), Islandii (3), Litwy (7), Szwecji (1) i Ukrainy (5). Polska publiczność najwyżej nagrodziła wykonawców z Turcji (8 punktów), Szwecji (10) i Ukrainy (12). Reprezentantka Ukrainy uzyskała 280 punktów. Na drugim miejscu znalazła się propozycja Serbii i Czarnogóry (263 punkty), na trzecim zaś Grecji (252 punkty). Wyniki pochodzą ze strony Eurowizja.com.

A tak ze swojej strony. Już widzę te tysiące obelżywych komentarzy odnoszących się do zespołu Blue Café. Te tysiące ludzi gniewnie wykrzykujących "wstyd", "hańba" i podobne idiotyczne hasła. To będą ci sami, którzy głosowali na ten zespół w preselekcjach. Już widzę masy dziennikarzy pytających, dlaczego tak się stało, że nie wygrali? A pytanie jest inne - dlaczego w Polsce niszczy się zespoły i artystów (przykładem może być Andrzej Piasek Piaseczny), dlatego tylko, że nie zajęli jakiegoś tam miejsca w konkursie promującym tandetę? Jaki to żal, że coś nie potrafi być tandetne. W końcu zawsze są te dwie strony, jest demi, jest i sec.

Prawdopodobnie jest to moja ostatnia recenzja Konkursu Piosenki Eurowizji, jaka zostanie umieszczona w prasie. Nie widzę dalej sensu komentować czegoś, co z każdym rokiem popada w otchłań komercji, beztalencia i sprzedawania się (nie używając wulgaryzmów). Może kiedyś powrócą takie czasy, kiedy to konkurs Eurowizji był świętem piosenki międzynarodowej, kiedy wygrywali ludzi prezentujący umiejętności, może kiedyś zmienią się charaktery, upodobania. Zakończę, podobnie jak rozpoczynałem komentarzem Artura Orzecha do występu reprezentanta Niemiec: "Zmiana tonacji nie wyszła mu na dobre,... ale to i tak jego jedna z lepszych piosenek".

insooth

Słów kilka o wokalistce zwycięskiej Ukrainy
(tekst pochodzi ze strony:
http://eurowizja.com/song.php?year=2004&id=ua)

Ruslana Lyżyczko - popularna ukraińska piosenkarka, kompozytorka i producentka. Pochodzi z Lwowa. Ukończyła konserwatorium muzyczne ze specjalizacją "dyrygent orkiestry symfonicznej", jak sama artystka podkreśla, zdobyte wykształcenie pozwala jej na samodzielne aranżowanie utworów. Ruslana jest także dyrektorem lwowskiego regionalnego oddziału telewizji "Inter", posiada dwa prężnie działające studia - video i audio. Mąż piosenkarki - Alieksandr Ksienofontow - jest jej menadżerem i producentem, jak i współautorem większości tekstów oraz muzyki.
Szeroki diapazon głosu, przepiękna ekspresyjna technika wykonania w połączeniu z niepowtarzalnością i oryginalnością stylu muzycznego - to wizytówka artystki.
Pierwszy projekt Ruslany to "Głośny Wiatr" (1996), promuje go unikalny koncert na deskach lwowskiej opery, z udziałem rock grupy, orkiestry symfonicznej i chóru.
Rok 1998 przynosi debiutancki krążek artystki - "Mgnienie Wiosny" - promuje go klip "Świt" i niezwykła trasa koncertowa, zatytułowana "Tourne po zamkach Ukrainy", przedsięwzięcie to przyciąga swym kilmatem ogromną publikę. Wraz z sympatią słuchaczy przychodzą nagrody rodzimego przemysłu fonograficznego, utwór "Świt" otrzymuje statuetkę "Złotego Żar - Ptaka 98" w kategorii najlepsza piosenka i klip roku.
W 2002 roku artystka podpisuje kontrakt z wytwórnią EMI i rozpoczyna pracę nad kolejnym krążkiem, "Dzikie Tańce". Projekt ten przyciąga uwagę ludzi z brytyjskiego oddziału wytwórni, Ruslana otrzymuje propozycje ukończenia prac nad płytą w prestiżowym studiu nagrań "Real World", należącym do Petera Gabriela. Premiera krążka ma miejsce 11 czerwca 2003, w niespełna cztery miesiące płyta pokrywa się pierwszą w historii Ukrainy platyną (sprzedano ponad 100.000 oficjalnych kopii). Sukces albumu to nie tylko artystyczne zwycięstwo Ruslany, ale także początek otwartej wojny z audiopiractwem na Ukrainie (wytwórnia CompMusic/EMI w porozumieniu z Ministerstwem Spraw Wewnętrznych Ukrainy od tego momentu przeprowadzają systematyczne kontrole w największych miastach Ukrainy).

Strona WWW: http://www.ruslana.com.ua/.
Created by © insooth 2004 [v.5] / © IMM musicMAG 2003-2004
Zamów prenumeratę musicMAG-a! Następna strona Index Poprzednia strona Następna strona Index Poprzednia strona Skocz do góry Następna strona Index Poprzednia strona