Jak co roku o tej porze zostaliśmy zbombardowani telewizyjnymi relacjami z festiwalu w Opolu. I jak co roku - w dużej mierze - zostaliśmy zasypami tymi samymi wykonawcami i zespołami. Na szczęście nie zabrakło kilku świeżych akcentów, dzięki którym honor opolskiej imprezy nie został doszczętnie zmiażdżony. Niestety nawet to nie zmienia faktu, że finałowe koncerty pozostawiały wiele do życzenia.
Festiwal opolski zamyka się w zasadzie w trzech dużych imprezach muzycznych. Są to: koncert debiutów (czyli taka duża "Szansa na sukces" dla tych, którzy jeszcze nie zaistnieli na naszym mizernym rynku muzycznym), koncert premier (tu nasze rodzime gwiazdy i gwiazdorki usiłują sprzedać swoje kolejne pomysły) i Superjedynki (czyli koncert laureatów nagród publicznej telewizji, głównego patrona festiwalu). Od kilku lat do tych trzech koncertów organizatorzy dodali także plenerowy koncert muzyki hip-hopowej. I już na wstępie jest się czego przyczepić: bo oto dwa koncerty, które mogłyby wnieść jakiś powiew nowości i świeżości (debiuty i hip-hop) zostały potraktowane - najdelikatniej mówiąc - jak koncerty muzyków z drugiej ligi. Z koncertu debiutów nie pokazano praktycznie żadnych relacji, a scenę hip-hopową - widocznie uznaną przez publicznego nadawcę nadal za zbyt niszową - zaprezentowano dość lakonicznie w materiale pokazanym tydzień później. Paradoks tej sytuacji jest żenujący - bo oto publiczny nadawca, pod płaszczykiem ustalonej ramówki, przemyca wyłącznie to, co ma szansę sprzedać się masowej widowni, nie pokazując tych artystów, którzy zapewne w ciągu kilku najbliższych kilku lat będą nadawać kształt polskiej muzyce.
Ale na tym wpadek nie koniec. Pierwszy dzień festiwalu upłynął pod znakiem koncertu Premier oraz recitalu Budki Suflera. Skupię się na muzycznych aspektach tylko tej pierwszej części, gdyż stylistyka Budki Suflera już dawno przestała mnie interesować i zwyczajnie wolałem nie tracić czasu na oglądanie Krzysztofa Cugowskiego, śpiewającego o "Balu wszystkich świętych" i "Takim tangu". Koncert "Premiery" poprowadził znany konferansjer kabaretowy Piotr Bałtroczyk, który zaczyna być niemal dyżurnym prowadzącym wszelkie imprezy, transmitowane przez telewizję publiczną. To w moim odczuciu taki nasz rodzimy Billy Crystall (notoryczny prowadzący relacji oscarowych), na szczęście nie ustępujący amerykańskiemu komikowi pod względem poczucia humoru i całej gamy sposobów na zabawianie znudzonej publiki. Wieczór rozpoczął występ zespołów, które rok wcześniej zgarnęły opolskie trofea: Blue Cafe z piosenką "Do Nieba, Do Piekła" i Łzy z "Oczy Szeroko Zamknięte". Wokalistka Blue Cafe zdaje się w ogóle nie była zmartwiona żałosnym występem na Eurowizji i nawet Bałtroczyk nie powstrzymał się od uszczypliwego komentarza, na temat skąpego stroju artystki. Z kolei Łzom telewizja publiczna kolejny raz usiłowała pomagać w graniu z playbacku. Muszę jednak przyznać, że w tym roku zdemaskowanie oszustwa było naprawdę trudne - kamery prawie wcale nie pokazywały zbliżeń wokalistki, a jeśli już, to tylko wtedy, gdy nie ruszała ustami.
Potem nastąpiła część szumnie nazwana konkursem, w którym wszyscy płatnicy haraczu, metaforycznie zwanym abonamentem radiowo-telewizyjnym, mogli za pomocą wszechwładnego systemu audiotele wybrać swojego faworyta. Jako pierwsza wystąpiła Renata Dąbkowska - kiedyś wokalistka discopolowego zespołu Dystans, później nieco bardziej ambitnego Sixteen, a obecnie solowa gwiazdeczka. Piosenka, którą uraczyła nas pani Renata to najlepszy przykład na to, że nie da się zrobić czegoś z niczego. Beznadziejna aranżacja, równie nieciekawa linia melodyczna, banalny tekst - jednym słowem żenada. I to na sam początek! Nic dziwnego, że publiczność tak głośno zaczęła klaskać, gdy wokalistka schodziła ze sceny. Chwilę później rozbrzmiewały już pierwsze takty piosenki "Najlepsze pozostanie" grupy De Mono. Kawałek wesoły, melodyjny i przyjemny, pewnie dlatego, że skomponowany przez saksofonistę Roberta Chojnackiego, ale jak na De Mono - trochę zbyt prosty i niestety zaśpiewany i zagrany przy pomocy odtwarzacza CD. Nie dziwię się, że z playbacku skorzystała Renata Dąbkowska, ale De Mono? To według mnie niewybaczalne. Grono muzycznych obciachów i niewypałów zasiliła też Patrycja Markowska, której "Tak O Mnie Walcz" miałoby 100% szanse na zwycięstwo w kategorii "Piosenka o niczym".
|
|

Jak na ironię - opolską imprezę, firmowaną przecież od lat przez telewizję publiczną, zdominowały gwiazdy wypromowane przez polsatowskiego "Idola". Choćby znakomity, żywiołowy i pełen ekspresji występ Eweliny Flinty, która kolejny raz udowodniła, że scena - zgodnie z tytułem debiutanckiego albumu - to jej przeznaczenie. Rewelacyjnie poradziła sobie na opolskiej scenie największa muzyczna nadzieja polskiej piosenki, czyli Ania Dąbrowska, która wykonała kawałek najbardziej klimatyczny spośród wszystkich, zatytułowany "Glory". Przepiękny, ciepły głos Ani i ciekawa kompozycja to mieszanka iście wybuchowa. Dzięki temu jeszcze bardziej widać było przepaść jaka dzieli samorodne wokalne talenty od pseudomuzycznej chałtury. Tę przepaść, niczym dynamit, pogłębił zespół Offside, z wokalistą Łukaszem Zagrobelnym, którego również mogliśmy oglądać w "Idolu". Utrzymana w rockowym, ale i melodyjnym tonie kompozycja "Moja Obsesja" dobrze wróży przyszłości tej kapeli, a wokal Łukasza dodatkowo te nadzieje potwierdza i wzmacnia. Pochód talentów z "Idola", piosenką "Właśnie W Taki Dzień" zamknęła Hania Stach.
Ale prawdziwą bombą muzyczną był występ grupy Sistars, która jako jedyna odważyła się zaprezentować styl, którego w polskiej muzyce jeszcze nie było. Dwie wokalistki wręcz zaczarowały publiczność swoimi nieziemskimi głosami i współbrzmieniem, jakie słyszy się tylko w "czarnych" zespołach R'n'B. I to właśnie w Sistars jest niesamowite - oto dwie młode dziewczyny i ich czterech miksujących kumpli przewróciło do góry nogami skostniałą (o)polską scenę. Bez żadnych kompleksów i tremy sprawili, że w tym nadwiślańskim, goniącym Europę kraju można było choć przez chwilę poczuć się jak w nowojorskim Bronxie, gdzie muzyka od dawien dawna jest receptą na życie. "Sutra" to bowiem nie tylko przebojowy kawałek, ale swoiste wyznanie wiary w to, że muzyka może być sposobem na codzienną szarość i nudę. Zespół już w tej chwili okrzyknięto muzycznym odkryciem, prezentującym światowy poziom w stylu R'n'B. Poza tym Sistars znakomicie brzmią na żywo, co dodaje im niesamowitej wiarygodności i autentyzmu; widać że śpiewanie to dla nich pasja, która nie męczy, ale nakręca i mobilizuje. A to - niestety - niezmierna rzadkość na polskiej scenie, która dziś funkcjonuje niemal jak fabryka, produkująca sezonowe pioseneczki, podobne do choinkowych bombek - piękne i błyszczące tylko z zewnątrz, w środku - puste i kruche, pozbawione głębi i sensu.
Widzowie docenili siłę talentu sióstr i to właśnie Sistars otrzymali pierwszą nagrodę w konkursie premier. To był najjaśniejszy punkt opolskiej imprezy, ale oczywiście telewizja nie byłaby publiczną, gdyby nie postawiła swojej własnej, autorskiej kropki nad "i". Zamiast niej wyszła karykaturalna i kabaretowa kreska nad "ź". Publiczność zareagowała bowiem gwizdami, kiedy na scenie pojawili się Pudelsi. Ich utwór "Dawna Dziewczyno" przegrał rywalizację z Sistars niewielką ilością głosów. Reakcję widzów wywołał lider zespołu Maciek Maleńczuk - do tak niedawna tylko charyzmatyczny, awangardowy i oryginalny, a po uczestnictwie w jury III edycji "Idola" jeszcze bardziej kontrowersyjny i znienawidzony. Jednak prawdziwa wpadka nastąpiła w czasie wywiadu, udzielanego na żywo, przez Maleńczuka w przerwie koncertu. Lider Pudelsów dosadnie skomentował zachowanie publiczności, mówiąc "... gwiżdżą, to niech sp@#$ają". Chwilę później sam zdawał się być zażenowany swoją szczerością, ale na szczęście Maciej Orłoś znakomicie zdołał wybrnąć z tej dość nietypowej i mało przewidywalnej sytuacji. No i gdzie tu słynna, statutowa misja krzewienia kultury z wyższej półki, o którą (niby) dba TVP?
Koncert premier udowodnił po raz kolejny, że polska scena muzyczna to wciąż w dużej mierze te same opatrzone twarze i zespoły, grające wciąż mało ambitne pioseneczki, utrzymane w tym samym, nieciekawym i plastikowym klimacie, który dusi i usypia, zamiast pobudzać i stawiać na nogi. Na szczęście wśród powszechnej komercji znalazło się kilka obiecujących propozycji. Mam szczerą nadzieję, że sukces Sistars zapoczątkuje nową erę w polskim show-biznesie. Ambicje i fascynacje młodych muzyków mają wreszcie szansę pokazać innym, że nie liczy się tylko to, żeby być "top" i "trendy", ale przede wszystkim by się rozwijać i nie stać w miejscu. Splendor, sława, autografy i pieniądze to według mnie produkty uboczne muzykowania i dopóki nie stają się celem samym w sobie nie powinny przesłonić życiowego powołania muzyka. W tym względzie weterani sceny mogą wiele nauczyć się od takich naturalnych talentów jak Sitars czy Ania Dąbrowska. Pozostaje jeszcze jeden warunek do spełnienia - koncerty, takie jak festiwal w Opolu muszą tym młodym talentom pomagać przebić się przez muzyczną próżnię naszego rodzimego rynku muzycznego. Inaczej staną się tandetną rozrywką, przypominającą dancingi wczesnych lat osiemdziesiątych, dla zgrzybiałej i podstarzałej publiczności, która nie chce dać szansy temu co nowe, dotychczas nie wyśpiewane i nie zagrane.
|