Korn po wydaniu Untouchables - płyty mocno krytykowanej jak i chwalonej zabrał się za tworzenie kolejnego, szóstego już albumu. Od początku zespół twierdził, że będzie to płyta dużo ostrzejsza od poprzedniczki, zawierająca mniej melodyjności, a więcej brudu i nieładu. A jaka jest? Przekonacie się w recenzji, kiedy rozbiorę płytę na czynniki pierwsze. Mimo, iż jestem wielkim fanem tegoż zespołu, recenzja będzie jak najbardziej obiektywna, żeby nie było niedomówień:)
"Take A Look In The Mirror" to powrót koRna do korzeni swej twórczości, czyli "brudnych" gitar, uwypuklonego basu i ostrzejszego wokalu. Wiele osób porównuje ten album do dwóch pierwszych, czyli "Korn" i "Life Is Peachy". I mają racje, gdyż od samego początku trafia nas potężna dawka nu-metalu - bardziej w stronę metalu niż nu. Przez to na pewno płyta nie będzie mieć takiego rozgłosu tzn. nie będzie aż tak skomercjalizowana by mogła porozmawiać z nami o niej laska, która słucha Britnej i szanownego pana hydraulika. Ale chyba nie na tym też Jonathanowi i spółce tak do końca zależało. Grupa ma bardzo wielu fanów, na których może liczyć i na których się nie zawiodła, więc zbytnia reklama nie jest kapeli potrzebna.
O czym jest płyta?
TALITM to rachunek sumienia, który dokonujemy sami przed sobą. Spojrzenie w lustro oznacza rozprawienie się z własnymi słabościami, gniewem, negatywnymi uczuciami oraz z osobami, które nas zawiodły, okłamały, sprawiły nam ból, o którym nie możemy zapomnieć. Płyta przypomina starego, wrednego koRna, który trafia wytwórnię prosto w ryj, a nas trzyma w ciągłej agresji. Właściwie są to tematy dla niedoszłych samobójców oraz osób, które nie widzą sensu w swoim życiu, ale i na to zespół ma lek. Krąży legenda, która mówi, że około 1/10 osób słuchających koRna miała myśli samobójcze i tylko dzięki muzyce zespołu żyje dalej... Czy to prawda czy fałsz - nie wiem... Temat do dyskusji.
Wykonanie
Album został wyprodukowany przez samych muzyków, dzięki czemu nie ma tutaj presji wytwórni i płyta nie jest tak pokombinowana jak poprzednia. Jak twierdził Munky: "Podczas sesji nagraniowej było pięciu producentów (chodzi o członków zespołu), przez co często dochodziło do konstruktywnych kłótni, dzięki którym powstawały utwory, z których każdy był zadowolony." Teraz instrumenty już nie zachodzą tak bardzo na siebie jak to miało miejsce na poprzedniczkach. Wszystko jest dobrze słyszalne i daje dobry efekt.
Gitary
Munky i Head namieszali zdrowo:) Widać, że chłopacy starali się wycisnąć jak najwięcej ze swoich Ibanezów K-7. Czy im się to udało? Nie całkiem, nadal uważam, że nie wykorzystują w stu procentach potencjału, jaki drzemie w tych gitarach. Ale i tak pokazali, że potrafią ostro grać. Po raz kolejny zmienili nieco barwę gitar. Owszem, charakterystyczne zabrudzenie nadal występuje, ale brzmienie wydaje się trochę czystsze od tego, jaki znamy z poprzednich płyt. Czy to dobrze? Tak, ponieważ dzięki temu nadal eksperymentują ze swoimi cackami i nie poprzestali na jednym i tym samym.
Bas
Bas w koRnie zawsze odgrywał i nadal odgrywa bardzo ważną rolę. Tutaj został nieco nagłośniony i często zamiast gitar na pierwszy plan wchodzi właśnie sprzęt Fieldy'ego. Niekiedy trochę przesłodził, bo nie pasuje za bardzo do danej kompozycji utworu, ale i tak pozostawia po sobie dobre wrażenie. Nie ma na tym albumie piosenki, w której bas działa tak mocno na słuchacza jak na poprzednich płytach - mam na myśli np. słynny "Low Rider" z drugiej płyty zespołu.
Perkusja
Przede wszystkim inna, mocniejsza, wydaje się jakby bardziej "mięsista" od poprzednich. Było to już widać na Untouchables, ale dopiero teraz daje pełne wrażenie. David solidnie się przyłożył i daje czadu niesamowicie, szczególnie, gdy następują momenty przejścia do death metalu. W dwóch kompozycjach perkusja tworzy wstęp. Raz sama, raz pomaga jej gitara.
Wokal...
...A właściwie WOKAL!!!! Często sobie zadaję pytanie skąd Jonathan ma tak piekielnie piękny głos... i dalej nie potrafię znaleźć odpowiedzi. Raz jest cichutki, właściwie śpiewa szeptem, a za drugim razem wydziera się niemożebnie, co dalej niesamowity efekt. Zdarza się też, że zmienia tempo. Do tego dochodzą przeciągnięcia słów, lekko podobne do wokalisty Audioslave, ale tylko leciutko. Niestety, mam złą wiadomość. Davis, jak sam przyznał, ma astmę. Podczas niektórych występów musiał schodzić ze sceny i "łykać" trochę tlenu. Z resztą widać, że przytył nieco od zażywania leków. Ale dzięki Bogu już wszystko jest w dużej mierze ok. i według lekarzy może bez zakłóceń tworzyć dalej.
Utwory
Przyszedł czas na największy smaczek tej płyty. Omówię, każdy z nich oddzielnie, żeby jak najlepiej oddać odczucia, jakie na mnie wywarły.
Right Now
Mocny, prosty, ale za to bardzo porywający. Bardzo szybko wpada w ucho i od razu mamy chęć darcia się z Davisem. Dobrze wypada motyw, w którym śpiewa półszeptem. Refren jest przepełniony wściekłością, a cześć z "Shut Up" przypomina nieco "One Step Closer" Linkin Parka. Na tym jednak podobieństwa się kończą. Pozostają jeszcze tylko niezłe gitarowe riffy oraz... klip, którego nie radzę oglądać spożywając coś w międzyczasie, bo może to spowodować odruch przeciwny od zamierzonego:). Wszystko to składa się na drugi singiel, który paradoksalnie jest najbardziej "lajtowym" ze wszystkich.
|
|
Break Some Off
Ostre wejście, poczym następuje zwrotka zupełnie przeciwna - spokojna, stonowana. A potem znów ostro. I tak w kółko. Wrażenie jest dobre, ale przyznam, że oczekiwałem czegoś lepszego. Coś jak....
...Counting On Me
Utwór, moim zdaniem, jest najlepszy na płycie. Panowie się postarali i widać to bardzo dobrze. Jest ciężko, ostro, spokojnie, cichutko - wszystko to jest zmieszane ze sobą, co daje piorunujący efekt. Wszystkie elementy bardzo dobrze współgrają ze sobą i na pewno nie pozwalają na nudę.
Here It Comes Again
Trochę klimatyczne intro zapowiada, że utwór będzie równie klimatyczny...Ale nie jest. Są interesujące zwrotki, ostre i agresywne, a zarazem melodyjne refreny, jednak czuje się pewien niedosyt. Mimo wszystko dobry utwór, ale ze stołków nas nie zrzuci. A szkoda....
Deep Inside
Utwór bardzo energiczny, w którym zarówno perkusja jak i bas oraz gitary dają bardzo dobry efekt. Mimo, że jest agresywny, nie można zapomnieć o melodii, która dość dobrze zagościła w tej piosence. Całość uświetnia wokal, Jonathana, który po raz kolejny udowadnia, że nie ma sobie równych. A na koniec coś w stylu death metalu.
Did My Time
Pierwszy singiel, który promuje nowy album. Jak na kornowskiego singla przystało jest bardzo dobry. Na początek mamy małą zabawę w postaci: gitara - perkusja - gitara - perkusja - gitara - perkusja - gitara z perkusją i Davis:) Utwór jest bardzo dobry. Refren i zwrotki wciągają a wokal poraża. W klipie występuje Angelina Jolie, co dodaje dodatkowego smaczku:))). Piosenka (nawet bez aktorki;)) posiada swoją tajemniczość i całkiem inne brzmienie koRna.
Everything I've Known
Tutaj mamy małą odmianę, gdyż jest całkiem spokojnie. Jest więcej melodii, a mniej krzyku. Davis czasem przedłuża niektóre słowa, co niektórym może się nie spodobać. Refren godny zapamiętania, a reszta też:)
Play Me
Gościnnie występuje tutaj raper Nas. Jednak nie uświadczymy hip - hopowych bitów, w zamianę mamy ciężkie gitary, dobry wokal - zarówno Nas'a jak i Davisa. Ale nie powoduje to, że utwór jest zbyt udany. Może nie trzeba było tu koniecznie elementów raperskich, aby udoskonalić utwór, można było znaleźć inny sposób na podrasowanie piosenki. Nie oznacza to jednak, że całościowo jest niskich lotów - powiedzmy tak średnio.
Alive
Mamy bas, mamy riffy, mamy wokal, mamy charakterystyczny dla zespołu mostek, daje to bardzo dobry utwór, który zmusza nas do śpiewania razem z wokalistą. Słuchając go dłużej możemy się lekko zmęczyć, gdyż może być ciężko.
Let's Do This Now
Panowie, powracają charakterystyczne dla koRna dudy!! I jak wypadają? Bardzo dobrze, dają miłe wprowadzenie do i tak dobrego, choć nieco krótkiego utworu. Ale małe wyjaśnienie. Dudy to nie to samo, co kobza, często się zdarza, ze te dwa elementy są mylone ze sobą, a oznaczają zupełnie cos innego.
I'm Done
Drugi utwór, który daje nieco odpoczynku. Porywająca gitara i zwrotka, ale nieco zły refren, ogólnie piosenka, która raczej nie powinna się znaleźć na płycie, z racji tej "inności" od innych kompozycji.
Y'all Want A Single
Dziwny utwór:) Trzeci singiel, który jest najbardziej charakterystyczny ze wszystkich dzięki niezłemu wokalowi. Jest wymierzony przeciwko wytwórniom płytowym, coś w stylu "odpierdolcie się". Jest zarazem dynamiczny i ciężki, ale nie wybitny, mimo to pozostawia nadzwyczaj miłe wrażenie.
When Will This End
Podobny do I'm Done tylko, że z ciut ostrzejszym, bardziej wyraźnym wokalem. Refren wypada dość średnio i nie ratuje tego ostra wstawka. Pozostawia trochę cienkie wrażenie na koniec, ale dobrze, że to nie koniec, bo pozostała nam jeszcze....Cisza i cisza i trochę za dużo ciszy by móc w końcu usłyszeć....
OneB
Bonusowy track, zarejestrowany podczas programu poświęconemu Metallice. Wypadł dobrze, więc zespół postanowił zamieścić go na płycie... i dobrze. Wszystko sprawia wrażenie dobrze odegranej. KoRn nie popełnił "siary" przerabiając utwór Metallici.
Podsumowanie
Dzięki tej płycie koRn udowodnił, że dalej potrafi grać porządnie, a wydanie Untouchables, było tylko wypadkiem przy pracy spowodowanym wytwórnią ("podziękowania" w Y'all want...:)). Dla fanów jest to obowiązkowy "must have" a dla osób chcących posłuchać cięższego grania pozycja obok, której nie powinni przejść obojętnie. Nie jest to szczyt możliwości zespołu, bo stać go na więcej, ale płyta nie jest też wcale numerem złym. Można zadać pytanie czy koniecznie trzeba było zagrać coś ciężkiego, by pokazać swoją siłę? Chyba nie, odrobinę lżejsze kawałki na pewno by nie zaszkodziły płycie, nawet by ją uatrakcyjniły. Cieszmy się jednak tym, co jest, bo na pewno ten album nie pozwoli nam na znudzenie. Mając samemu postawić ocenę, wstawiłbym temu albumowi 9-/10. Ten minusik jest bardzo malutki, ale mimo wszystko jest. Oczywiście ocenę pozostawiam otwartą, gdyż to zależy od gustu każdego z was.
|