Oto przegląd albumów Black Sabbath - wszystkie studyjne plus jedna live. Wszystkie krótko opisane wraz z oceną x/10. Zapraszam! Black Sabbath - 1970 - Album rozpoczyna się niepokojąco - grzmoty, deszcz, bicie zegara... klimatycznie i mrocznie. Takowy jest cały longplej - nieco surowy i chropowaty, acz wywołujący ciarki na plecach. 9+/10
Paranoid - 1970 - Kontynuacja topornych riffów oraz mocnego i klimatycznego stylu Black Sabbath. Album lepszy od poprzednika - obdarzony lepszymi kompozycjami i lepiej brzmiący. War Pigs, Iron Man i Paranoid to dziś klasyka klasyk heavy metalu. 10/10
Master of Reality - 1971 - Ten album w jakiś sposób zamyka pewien okres w dziejach Black Sabbath - etap surowego brzmienia i kształtowania się stylu grupy. MoR to płytka dobrze brzmiąca i trzymająca podobny (wysoki) poziom, jak poprzedniczki. 9/10
Vol. 4 - 1973 - Brzmi nieco lżej - są na niej eksperymenty (np. fortepianowe Changes, akustyczne Laguna Sunrise), ale nie brakuje starego, dobrego Sabbath (np. Snowblind). Wadą albumu jest mała rola basu, który w niektórych numerach by się przydał... 7+/10
Sabbath Bloody Sabbath - 1975 - Sabbath wrócił do ostrej jazdy, słynnych topornych riffów i wyszło to muzykom na dobre. Brzmienie dobre, kompozycje również - czuć, że grupa wciąż się rozwijała. Szczególnie podoba mi się utwór tytułowy. 9/10
Sabotage - 1975 - Kiepski album, bez pomysłu - plus nieudane eksperymenty. Nuda i rozczarowanie. Poziom trzyma tylko otwierający album Hole In The Sky. 5/10
Technical Ecstasy - 1976 - Jeśli poprzedni album był rozczarowaniem, to ten jest czystą żałością. Brak dudniącego basu i brutalnych riffów, za to znaleźć tu można fortepian (!) i smyczki (!!!). Szkoda, że coś takiego wyszło i kala dyskografię Sabbath. :/ 4/10
Never Say Die - 1978 - Ostatni pełnowartościowy longplay z Ozzy'm w składzie. Płytka nie jest zła, ale nie jest też wybitnym osiągnięciem - ot, standard. Polecam kompozycję tytułową i śpiewany przez Billa Warda song Swinging The Chain. 6+/10
Heaven And Hell - 1980 - Pierwszy album z nowym wokalistą i... wrażenie bardzo dobre. Ronny James Dio spisuje się bardzo dobrze - a to trochę pomruczy, a to wrzaśnie. Ogólnie warto posiadać. Tkaże dla utworu Neon Knights. 8+/10
Mob Rules - 1981 - Zmiana na stanowisku perkusji - Warda zastapił Vinnie Appice grający mocniej i ciężej. Ogółem longplay to dobra robota. Plus ładna moim zdaniem okładka. Polecam utwór The Sign of the Southern Cross. 7/10 | | Born Again - 1983 - Ohydna i kiczowata okładka, Ian Gillian na wokalu i fajny, mroczny klimat. Kolejny album opatrzony przeze mnie mianem "dobra robota (ale nic ponad to). Najlepszym utworem mianuję The Dark. 7/10
Seventh Star - 1986 - To bardziej album solowy Iommiego - featuring Black Sabbath. Ale cóż... wytwórnia finansuje, wytwórnia ma zdanie... - ma się sprzedać! Album bez mocnych riffów i typowo Sabbathowego brzmienia. 5+/10
The Eternal Idol - 1987 - Klapa. Tony Martin nie sprawdził się jako wokalista. Słychać, że tym albumem Black Sabbath ma nabić trochę kasy, żeby uleczyć nadszarpnięty budżet. Ogólnie - posłuchać można, ale (na szczęście) nie trzeba. 3+/10
Headless Cross - 1989 - Powrót do _dobrych_ czasów Born Again. Czyli - riffy? Są. Klimat? Jest (świetne intro m.in.)! Spójność? Erm... nie ma. Ogółem - nienajgorzej. I Tony Martin wreszcie śpiewa tak, jak trza! :) 6+/10
Tyr - 1990 - Płytka słabsza od poprzedniczki, choć [mowa o Tyr] z pomysłem. Pozostała dobra produkcja, doszły dobre (interesujące) teksty, ale moim zdaniem zabrakło czegoś, co by przykuło do odtwarzacza... 5+/10
Dehumanizer - 1992 - Bardzo ciężki album, pełen miażdżącego brzmienia i surowego klimatu, aczkolwiek tempo jest dość wolne, jak na Black Sabbath. Szkoda, że brak chwili wytchnienia, jakiejś (choć jednej) stonowanej ballady. Ale i tak nie jest źle. 7+/10
Cross Purposes - 1994 - Płytka urzeka świetnymi tekstami, dobrym wokalem i niezłą grą. Moim zdaniem jednak za dużo tu klawiszy, a najbardziej zdenerwował mnie brak obecnego w wersji japońskiej utworu What's The Use - podobno bardzo dobrego. 7+/10
Forbidden - 1996 - Kiepska okładka, kiepskie brzmienie i kiepski album. Dziwne, bo skład taki sam, jak na Tyr. Jedynym utworem, który mogę polecić jest Sick And Tired. I to jest ostatni studyjny album BS... :/4/10
Reunion - 1998 - Wraca Ozzy!!! Pan Osbourne wyruszył w trasę ze swoim macierzystym zespołem - album jest dokumentacją owej trasy. Prócz "standardów" (War Pigs, N.I.B., Iron Man, itd.) na albumie umieszczono dwa premierowe kawałki - Psycho Man i Selling My Soul. Ogółem - fani BS powinni znać (innym też polecam). 8/10 G3T |