Menu  sierpień 2004 (19)  indeks . zapowiedzi . artykuły . recenzje . muzyka w sieci . redakcja . special numeru . magazyn on-line

TOP-TRENDY 2004, czyli Trochę Obciachowe Piosenki


Telewizja nie przestanie nas chyba zaskakiwać swoimi - coraz dziwniejszymi - pomysłami na podciągnięcie wskaźników oglądalności. A ponieważ widzowie mają już dość peruwiańsko-meksykańsko-brazylijskich telenowel i "Mody na Sukces", więc wszystkie stacje zostały zmuszone do znalezienia "ambitniejszych" propozycji. I dziwnym zbiegiem okoliczności wszystkie postawiły na to samo - organizację imprez muzycznych. TVP nie musiała się wysilać - jak co roku zorganizowała Opole. TVN zgarnął prawa do zorganizowania festiwalu w Sopocie. Polsat, wraz z portalem Interia.pl i radiem RMF FM, również w Sopocie (jakby nie było innego miasta), zorganizował już po raz drugi koncert TOP-TRENDY 2004.
Koncert TOP w założeniu miał pokazać ulubieńców publiczności, tzn. tych artystów, którzy w minionym roku sprzedali najwięcej płyt. I tu poczułem się, jakbym oglądał zmutowany koncert Superjedynek z Opola - znowu jakiś plebiscyt, którego w dodatku jedynym kryterium nie jest jakość tworzonej muzyki, a ilość sprzedanych krążków. Jednak mimo tego Top-Trendy w porównaniu z Opolem miało o wiele ciekawsze wejście - przynajmniej na samym początku. Intro poprzedzające telewizyjne relacje było na przyzwoitym poziomie - dobrym pomysłem było posklejanie kawałków wyciętych z różnych teledysków i obsadzenie w głównej roli prowadzącego koncert - Cezarego Pazury. I po takim dobrym początku spodziewałem się równie dobrej konferansjerki. Moje nadzieje prysły jednak już po kilku sekundach - ograny Pazura tak podlizywał się publiczności i słodził Polsatowi, że zostawił daleko w tyle pseudo-krytyczne jury z TVN-owskiej "Drogi Do Gwiazd". Niestety "Kiler" tak mocno uwierzył w to, że jest śmieszny, że przez całe trzy godziny robił z siebie mało śmiesznego, żałosnego pajaca. Równie beznadziejne wydały mi się "wstawki" w przerwach, między kolejnymi odsłonami koncertu - niemal jak z oscarów - tylko poziom jakby nie ten, bo co najmniej o kilka pięter niżej. Polsat znalazł jednak dobry sposób na to, by powstrzymywać publiczność przed zbyt żywiołowymi reakcjami i nie dopuścić do bisów. Pytanie tylko czemu to miało służyć? Zupełnie bez sensu, głupie, mało inteligentne, tandetne.

Po tym cienkim początku zdawało się, że do kompletnej klapy brakuje jeszcze sępów miłości z Ich Troje. A tu - duża i pozytywnie zaskakująca niespodzianka. Koncert rozpoczęła bowiem Arka Noego, która w minionym roku sprzedała najwięcej płyt! Rozkrzyczane dzieciaki zdobyły sympatię nie tylko swoich rówieśników, ale i ludzi dorosłych - w tym również i moją. I mimo, że dzieciaki czasem nie trafiają w dźwięki, a ich śpiew bardziej przypomina krzyk, to właśnie te cechy sprawiają, że są tak oryginalne i na scenie zachowują się niesamowicie naturalnie. Co najważniejsze - Roberta Friedricha (który kieruje zespołem) nie kręci status gwiazdy. Dzięki temu w Arce czuć autentyzm, spontaniczność i bez wątpienia dużą i silną wiarę. Dlatego występy Arki zawsze przybierają wymiar ewangelizacyjny. Friedrich nie wstydzi się przyznać do swojej wiary i bez żadnego skrępowania mówi na każdym koncercie o Bogu. Może dlatego Arka, grająca muzykę typowo chrześcijańską, sprzedała więcej płyt niż Ewelina Flinta czy Bajm.

Cały klimat oczywiście musiał popsuł Pazura, który trochę zironizował występ Arki, mówiąc "Dzieciaczki niech już idą spać ...". Pewnie dlatego, że znów chciał się podlizać publiczności i występującemu po Arce Maćkowi Maleńczukowi, słynącemu z kontrowersyjnych poglądów. Swój występ Pudelsi rozpoczęli wspaniałym utworem "Mundialeiro" - pastiszem latynoskich pioseneczek, zarezerwowanych do tej pory dla Enrique Iglesiasa. Każdy, kto choć raz słyszał ten kawałek, na pewno przyzna mi rację, że nie ma lepszej kpiny z naszej narodowej reprezentacji - no może jedynie hymn w wykonaniu Edyty G. miałby jakieś szanse w rywalizacji z Maleńczukiem. Niebanalny tekst, stylizowany na hiszpańską wersję językową sprawia, że nie można przejść obok tego utworu obojętnie. To samo można powiedzieć o drugim hicie, który zespół wylansował w czasie konkursu premier w Opolu - "Dawna Dziewczyno" oraz o prawdziwej bombie słowno-muzycznej, czyli kawałku "Wolność Słowa", który jest według mnie kwintesencją Maleńczuka. Bije z niego szczerość do bólu, pogarda i niechęć wobec skorumpowanych i skompromitowanych elit politycznych. Jedyne, co mogło razić w występie Pudelsów to dosyć "oryginalne" chórzystki, których image przypominał tańczące w klatkach panienki z wiejskiej dyskoteki. Pozostaje mi jednak mieć nadzieję, że choć nie było to zbyt przyjemne doznanie estetyczne, miało mieć jakiś wyższy cel i było zamierzone.

No i znowu zza kulis wyskoczył Pazura, który - co dziwne - dość oryginalnie zapowiedział Ewelinę Flintę. Pewnie dlatego, że tekstu tym razem nie wymyślił sam, bo kilka tygodni wcześniej portal Interia.pl ogłosił wśród internautów konkurs na najbardziej oryginalną zapowiedź. Ale miało być o muzyce, a nie o gadaniu. Flinta rozpoczęła występ hymnem zatwardziałych feministek "Żałuję". Ale choć cenię i lubię Ewelinę, to zmieniona aranżacja, pozbawiona ciekawych gitarowych riffów, była trochę niepełna i nie przypadła mi do gustu. W drugim kawałku "Przeznaczenie" aranżacja była już bardziej rockowa, ale znowu niedopracowany, ponieważ niepotrzebnie zrezygnowano z chórków. Bez drugiego głosu w tle utwór stracił wiele ze swego dynamizmu i współbrzmienia. Na szczęście Ewelina nie rozczarowała, jeżeli chodzi o kontakt z publicznością i w trzecim kawałku "Tylko Słowa" pokazała na co naprawdę ją stać. Głos z charakterystycznym zadziorem znakomicie wybrzmiał w końcówce, pozostawiając jednak pewien muzyczny niedosyt.
Poziomem występu rozczarowała mnie też Kayah, rozpoczynając mało znanym utworem "Jaka Ja". Z trudem wytrzymałem gryzący moje uszy nadmiar elektronicznych, wręcz zegarkowych, brzmień. A kiedy popłynęły pierwsze takty drugiej piosenki, pomyślałem sobie, że Polsat zafundował nam właśnie bloczek reklamowy, transmitowany na żywo z Sopotu. A tu - surprise! Okazało się, że to nowy przebój Kayah "Do Dna", który pewnie zupełnie "przypadkiem" znalazł się w reklamie wody mineralnej. Z kolei przed zaśpiewaniem "Testosteronu" wokalistka próbowała nawiązać dialog z publicznością. Poczułem się co najmniej zdziwiony, gdy wykorzystała te same teksty, co w Opolu, odnoszące się do jej stroju. Niestety znów zabrakło oryginalności, inwencji i pomysłu na zagospodarowanie dużej muzycznej przestrzeni. Zamiast tego dużo niepotrzebnej autokreacji i odpychającego zadufania w sobie.

Tych negatywnych cech pozbawiony był występ zespołu Raz Dwa Trzy, z wokalistą Adamem Nowakiem. Nie ulega wątpliwości, że muzyka grana przez ten zespół nie ma nic wspólnego z wszechobecnym kiczem. To nie żadna komercyjna tandeta w stylu "za ten papieros tuż po", ale głęboka, uduchowiona muzyka z najwyższej półki. Nowak to niekwestionowany mistrz piosenki "moralnego niepokoju", którego utwory dotykają problemów najwyższej wagi. Gratuluję odwagi śpiewania o tym, co obecnie może wydawać się niemodne i staroświeckie, bo nie przynoszące doraźnych korzyści, którym tak hołduje współczesny świat. Nowak burzy ołtarze, jakie nasza cywilizacja wystawiła konsumpcjonizmowi, odkrywa nadzieję, ukrytą w każdym człowieku, domaga się poszanowania jego wolności. O tych najwyższych wartościach Nowak śpiewa przy znakomitym akompaniamencie swoich kolegów z zespołu. Szczególną zasługę ma w tym sekcja rytmiczna, wprowadzająca do utworów charakterystyczny niepokój, ale i nieustającą nadzieję, wszechobecną wiarę w człowieczeństwo.

Obok Raz Dwa Trzy z niecierpliwością czekałem również na znakomity duet: Anitę Lipnicką i Johna Portera. I nie zawiodłem się, bo "nieprzyzwoite piosenki" brzmią jeszcze lepiej w wersji live niż - i tak świetne - wersje studyjne. Charakterystyczny głos Lipnickiej, znakomicie komponujący się z charyzmatyczną barwą, jaką śpiewa Porter, plus świetne wstawki skrzypiec i gitary akustycznej to niczym śniadanie u Tiffany'ego, na którym serwuje się doskonałe muzyczne brzmienia. Duet zaśpiewał trzy znakomite kompozycje: "Then And Now", przebojowy "Bones Of Love" oraz nastrojową balladę "Heaven Knows Why". Sukces albumu. "Nieprzyzwoite piosenki" jest bez wątpienia dowodem na to, że w Polsce można tworzyć muzykę na światowym poziomie i mimo zalewu zachodniej komercji ma ona szansę odnieść sukces i uznanie nie tylko krytyków, ale i publiczności.

Po duecie Lipnicka & Porter pojawił się zespół Łzy. Sztandarowo już wykonali "Oczy Szeroko Zamknięte" - tym razem nawet na żywo i o wiele lepiej niż w Opolu. Publiczność zaczęła szaleć dopiero wtedy, kiedy Ania Wyszkoni zaśpiewała pierwszy wers "Agnieszki". Mnie jednak repertuar Łez trochę rozczarował - mogliby wreszcie zaproponować coś nowego. Podobnie Bajm i Beata Kozidrak, którzy również tradycyjnie zagrali "Noc Po Ciężkim Dniu" i "Myśli I Słowa". Pod tym względem całkowicie zaskoczyła mnie Tatiana Okupnik i Blue Cafe. Zaprezentowali bowiem pięć utworów, z czego tylko "You May Be In Love" było hitem wylansowanym przez zespół wcześniej. Z nowych utworów najbardziej przypadła mi do gustu spokojna ballada "Baby". Tatiana, która dysponuje niesamowitą barwą głosu i temperamentem scenicznym znakomicie zrehabilitowała eurowizyjną wpadkę. Pokazała także, że bez problemów radzi sobie z piosenkami utrzymanymi w tonie hip-hopowym, bo właśnie w takim klimacie utrzymany jest kawałek "Co Ci Da Ta Złość". W aranżacjach Blue Cafe zachwyciła mnie sekcja dęta, która znakomicie wpasowała się, w zarezerwowany do tej pory dla komputerowych bitów, hip-hop. Dlatego już dziś mogę stwierdzić, że trzecia płyta Blue Cafe będzie na pewno jedną z najlepiej sprzedających się płyt z muzyką taneczną.

Występ Blue Cafe zakończył koncert TOP. I choć dzień później Kuba Wojewódzki (prowadzący koncert TRENDY) rozwinął skrót TOP jako Trochę Obciachowe Piosenki, nie mogę się z nim zgodzić do końca. Bo choć Cezary P. w roli prowadzącego wypadł beznadziejnie, Kayah wpadła w samozachwyt nad swoją kreacją, a Łzy i Bajm znów zagrali te same utwory, to wysoko ustawioną poprzeczkę utrzymali Lipnicka & Porter, Raz Dwa Trzy i Pudelsi. Pozostaje pytanie, czy potrzebny jest w Polsce kolejny festiwal, na którym grają - praktycznie te same co w Opolu - zespoły. Z punktu widzenia organizatora odpowiedź jest jednoznacznie twierdząca. Polsat uparcie walczy bowiem o ambitniejszą widownię, bo ciągle ciąży na nim wizerunek wieśniackiej stacji, nadającej Disco Polo Live i głupawe teleturnieje w stylu "Idź na całość". Organizacja festiwalu TOP-TRENDY z pewnością w jakimś stopniu ten stereotyp burzy, choć według mnie koncert TOP zbyt przypomina w swej formule opolskie Superjedynki. Nad opolskim festiwalem TOP-TRENDY ma jednak tą przewagę, że jest nowy i jeżeli ten atut świeżości wykorzysta, to może stać się znakomitą alternatywą dla imprezy, której patronuje TVP.

Mariusz "marioosz" Jagła

Created by © insooth 2004 [v.5] / © IMM musicMAG 2003-2004
Zamów prenumeratę musicMAG-a! Następna strona Index Poprzednia strona Następna strona Index Poprzednia strona Skocz do góry Następna strona Index Poprzednia strona