Czas przedstawić nowy, trzeci już album, zespołu składającego się z dziewiątki pokręconych osób z amerykańskiego stanu Iowa, zwanych Slipknotem. Zabierając się do recenzowania tegoż wydawnictwa nastawiałem się psychicznie, że zaraz moje uszy będą katowane ciężarem znanym z poprzednich płyt, tymczasem wielkie było moje zdziwienie, słysząc pierwsze dźwięki z tej płytki.... Gdybym po wydaniu Iowy powiedział, że Slipknot jest w stanie nagrać balladę, ortodoksyjni fani pewnie wyśmialiby mnie... do czasu pojawienia się właśnie tego albumu, ponieważ tutaj mamy nie jedną, a trzy ballady, ale o nich później.
Po kolei. Slipknot się zmienił proszę państwa, i to bardzo. Tekstom Coreya Taylora zarzucano, iż poza słowami "fuck" czy "bitch" nie ma w nich żadnego głębszego sensu, trudno się z tym nie zgodzić, bo ich nadmiar tylko odrzucał i psuł utwór. Tutaj te słowa nie pojawiają się ani razu, mimo tego album, w niektórych momentach kipi złością. W życiu wokalisty musiała nastąpić wielka przemiana, chcecie przykład? Proszę bardzo. Taylor jakby dla podkreślenia swojej metamorfozy ożenił się ze swoją dziewczyną, a wkrótce potem rzucił picie. Nie jest już osobą w kółko śpiewającą o apokalipsie, szatanie i innych mrocznych wizjach. Wokal wiele razy jest cichy, zasypiający, jakby zmęczony. Zaraz pewnie niektórzy powiedzą, że zespół się sprzedał, skomercjalizował, a ja wam mówię, że gówno prawda! Corey i spółka nie spoczęli na laurach tylko ewoluowali i pokazali, że są pełnoprawnym zespołem, który nie tylko potrafi masakrować instrumenty i struny głosowe, ale i takim, który potrafi stworzyć piękne, przemyślane utwory, które przez masę osób są niedoceniane.
Nie ma już na tej płycie heretyckich wyzwań. Generalnie album przedstawia antagonizm tego świata, czyli wrogość ludzi, wojny, ból, zniszczona miłość, bezsensowność, o tym wszystkim śpiewa Corey szukając jakby wyjścia z tej sytuacji. Liryki są przemyślane, śpiewane z uwagą i akcentujące w danym momencie to, co autor chce uwypuklić.
Przejdźmy zatem do utworów. Tak jak pisząc we wstępie nastawiłem się na młóckę, a tu surprajs. Prelude 3.0 rozpoczyna się cichym, zmęczonym, śpiewem Coreya, lekkimi gitarkami. Dobitnie daje nam do zrozumienia, że nastąpił koniec Slipknota takiego, jakiego znaliśmy wcześniej. Jak na otwieracz jest niezłym kawałkiem z ciężkim klimatem, dlatego wstawiam mu ocenę (7+/10). The Blister Exists jest natomiast come back'iem starego Slipknota. Taylor drze się na całego, gitary ostro dają za nim, a całości dopełnia rozszalała perkusja, na dodatek w połowie piosenki pojawiają się werble, które choć świetne, nie potrzebnie przedłużają utwór. Can you feel this?? (8/10). Kolejny, trzeci utwór to Three Nil, który kontynuuje rzeźnię, chociaż muszę przyznać, że chłopaki trochę pokombinowali, bo poszczególne elementy nie trzymają się całości, przez co mamy wrażenie, że piosenka rozłazi się niewiadomo gdzie. Za to (6/10). Po nim mamy pierwszy singiel - Duality - Wokalista pozostawił wydzieranie się na refren, a w zwrotce nuci sobie w miarę spokojnie. Trzeba przyznać, że jest to najbardziej melodyjny kawałek wśród tych cięższych, dlatego pewnie da się słyszeć głosy o komercji. Tutaj mamy kompromis pomiędzy Slipknotem takim, jaki znaliśmy, a tym nowym, którego dopiero poznajemy - w tym sensie (8+/10) Next. Opium For The People. Tak, istne opium dla ludu. We znaki dają się nieźle pokręcone gitarki oraz melodyjny refren. W pewnym momencie czar tego utworu pryska i pozostawia lekki niesmak (5+/10) Na szczęście po nim mamy pierwszą balladę - Circle - prawdziwy hicior, jestem pod wrażeniem. Corey śpiewa zupełnie odmienne niż na poprzednich utworach, gitarki są spokojne, akustyczne, perkusja też wpasowuje się w resztę elementów. Niezły klimacik tego utworu dopełnia bardzo dziwna, ale zarazem piękna końcówka. Pierwszy eksperyment, który bardzo się udał i przedstawił nowe oblicze zespołu (9+/10). | | Welcome to znów powrót do Slipknotowej masakry. Nerwówka daje o sobie znać. Mamy tu nawet solówkę, która błyskawicznie nam zmyka, tak, że trudno ją zauważyć. Ale na pierwszy plan wychodzi perkusja. Joey, mówiąc prosto, doszczętnie ją rozwala (9-/10) Po nim następuje druga ballada, która dla mnie jest absolutnym numerem jeden na płycie. Vermilion. Dziwny początek, wokal jest raz cichy, raz głośny, gitary idą wespół za nim, perkusja też daje o sobie znać. Można zauważyć bardzo dobrą solówkę. Całość jest niezwykle melodyjna, co dodaje mu jeszcze większego uroku. Ten kawałek na pewno nie jest dla zagorzałych fanów przyzwyczajonych do utworów typu People=Shit. Przynajmniej nie po jednym przesłuchaniu. Ale jak dla mnie (10/10). Wspominając o tych ortodoksyjnych fanach. Slipknot oczywiście o nich nie zapomniał, dlatego przygotował kawałek specjalnie dla nich. Pulse Of The Maggots. Larwy do boju!! Już od samego początku krzyk wodza daje znać, co jest grane. Ostra jatka nie jest może taka ostra, żeby porwać tłumy, nie mniej jednak jest bardzo dobra (8-/10). Before I Forget jest natomiast kawałkiem, który raczej nie powinien zagościć na tym albumie, nie mówię, że zły, ale za bardzo nie pasuje do albumu. Więcej tu melodii niż ciężaru. Refren tez jest taki "inny". Nie wiem, co sądzić o tym utworze.(4+/10) Jedenastym utworem jest klon znakomitego Vermilion. Vermilion Pt. 2 NIE jest kontynuacją poprzednika, ale tym samym utworem, tylko, że w wykonaniu akustycznym. Wrażenie jak najbardziej pozytywne, ale nie powiem, że to kolejna ballada, tylko inna aranżacja, dlatego o dwa punkty w dół (8/10) The Nameless, natomiast jest utworem, który oprócz Vermilion traktuje o miłości. Ostry wstęp, a potem powolnie i znów szybciej. Ten kontrast dobrze zrobił tej piosence (8+/10). Przedostatnim utworem jest The Virus Of Life. Wstęp znów trzeba zaliczyć do tych dziwnych, dalej jest powolnie, ale niesamowicie ciężko. Corey chyba miał depresję... (9-/10) I w taki oto sposób dobrnęliśmy do końca. Ostatnim kawałkiem jest Danger - Keep Away. Ostatnia, trzecia ballada, pozostawiona na sam koniec. I jak wypada? Bardzo dobrze. Zupełnie akustycznie, na pierwszym planie jest wokal i perkusja, a gitary są jakby z boku. Przy takich utworach zawsze ma się wrażenie, że są za krótkie, a szkoda. Kolejny wstrząs dla zatwardziałych fanów mocnego rżnięcia. (9/10).
No i w ten sposób zakończyłem wędrówkę po najnowszym dziecku Slipknota. Podsumowując. Zespół naprawdę pokazał swoje inne oblicze. Eksperymenty, choć nie wszystkie, wypadły nadzwyczaj dobrze. Udowodnił, że jest pełnoprawnym zespołem, który należy do samej czołówki nu-metalu. Za to należy mu się oczywisty szacunek i pochwała za odwagę, przy wprowadzeniu ballad. Ocenę można wywnioskować patrząc na oceny pośrednie przy utworach. Bez wahania wstawiam mu 9+ na 10. Nie wstawię oceny maksymalnej, bo do tego musiałby się znaleźć album, który na długo pozostałby w mojej pamięci. Vol 3: The subliminal verses jest absolutnym "must-have" dla osób, które chcą posłuchać czegoś bardzo ciężkiego z domieszką spokojnych ballad. A dla innych też jest kąskiem, obok którego nie powinni przejść obojętnie.Andrzej "morpheo" Hajduk |