Menu  październik 2004 (21)  indeks . zapowiedzi . artykuły . recenzje . muzyka w sieci . redakcja . special numeru . magazyn on-line

Nie wszyscy rzucają GROM ...

Czy sztuka rzeczywiście przestała służyć wyższym sprawom? Czy mechanizm rynkowy, w którym najważniejszym celem jest zysk i ciągłe pomnażanie pieniędzy, przejął kontrolę także nad tą najbardziej niewymierną z ludzkich działalności? Czy artyści to jeszcze artyści, czy może już tylko zręczni producenci, mistrzowie reklamy, wciskający swoje mierne wyroby konsumenckim masom? Kiedy czytałem tekst Moniki Jedlińskiej, opublikowany w poprzednim "mM", te wszystkie wątpliwości zaczęły domagać się jednoznacznej odpowiedzi.
To prawda, że muzyka i szeroko rozumiana scena muzyczna popadła w komercję. Wystarczy włączyć jakąkolwiek stację radiową, by się o tym przekonać. Wszędzie tylko radosne, taneczne rytmy, wprowadzające beztroski klimat celebracji życia, pozbawionego problemów. Jedyne "poważne" utwory przyjmują formę, w stylu "Yo! Ludzie, jestem z blokowiska, nie chce mi się pracować, wolę jarać skręty i palić zioło ...". Jedno jest pewne - niezależnie od tego, czy mamy do czynienia z kolejnym produktem z importu, w opakowaniu Britney, czy też z trochę słabszą, krajową jej wersją - sztuka nie jest już dziś awangardowym, krytycznym spojrzeniem na zepsuty świat. Nie jest ani zwierciadłem przechadzającym się po gościńcu, ani tym bardziej krzywym lustrem satyry. Zamiast tego prawie w 100% jest jak ciekłokrystaliczny monitor telewizora, w którym wyświetla się na zmianę "Baywatch", "Modę Na Sukces" i "Beverly Hills 90210". To nie artyści kreują swoją twórczość i tym samym siebie, ale sfrustrowana codziennością publika narzuca im konieczność bycia grzecznym i ułożonym, schlebiania masowym gustom.

Ktoś pewnie zapyta - co w tym złego, że ludzie wolą się cieszyć. Przecież każdego dnia media podają tyle przytłaczających informacji. I nie byłoby to błędne myślenie, gdyby nie jeden mały, ale dość istotny szczegół. Moim zdaniem najważniejszy w sztuce jest zawsze autentyzm przekazu, bo tylko dzięki niemu artysta może przekonać innych o tym, że jego spojrzenie na świat jest warte uwagi. Bez niego nie jest wiarygodny, a jego twórczość staje się niczym towar z najniższej półki w Biedronce. W takim muzycznym dyskoncie sprzedaje się towary pozbawione własnej marki, wymieszane w sklepowych kubłach, przecenione, albo mówiąc łagodniej - w promocji. Skutek? Wysyp zespołów i gwiazdek jednej piosenki, letniego sezonu, albo muzycznych obciachów w stylu Mandaryny.


I gdybym był pesymistą na tym pewnie zakończyłbym ten tekst. Ale na szczęście od tej reguły - tak jak od każdej - są wyjątki. Monika swój tekst zbudowała wokół problemu wojny w Iraku i towarzyszącej jej biernej postawie ludzi, którzy określają się mianem artystów. I rzeczywiście - nie mieliśmy do czynienia z żadnym oficjalnym, otwartym protestem ludzi kultury wobec irackiego konfliktu. Z jednym stwierdzeniem autorki nie mogę się jednak zgodzić - nie wszyscy artyści liczą przybywające zera na kontach, nie wszyscy są egoistami, nie wszyscy nabierają wody w usta, kiedy dziennikarze pytają ich co sądzą o konflikcie na Bliskim Wschodzie, czy ataku terrorystycznego w Biesłanie. Pod tym względem moim idolem i autorytetem jest właśnie muzyk, którego cenię nie tylko za to, jak śpiewa i komponuje, ale przede wszystkim za to, że jego twórczość jest tak autentyczna dzięki temu, że tak otwarcie mówi o konieczności przywrócenia pokoju na świecie. Tym człowiekiem jest Paul Hewson, czyli Bono, wokalista znakomitej irlandzkiej grupy - U2.

Zaryzykowałbym stwierdzenie, że to właśnie Bono jest liderem tych artystów, którzy z racji tego, że są osobami publicznymi, czują konieczność i potrzebę działań na rzecz całej ludzkości. I nie jest to żaden przykry obowiązek, ani maska, którą zakłada się, ponieważ tak wypada, ale autentyczne poczucie misji, którą powinien realizować każdy artysta. Z racji swych irlandzkich korzeni dla Bono najważniejszym celem jego społecznej działalności stało się przywrócenie pokoju w Irlandii Północnej. Jego zaangażowanie w działania na rzecz pojednania walczących protestantów i katolików zaowocowało nie tylko uczestnictwem wokalisty w procesach negocjacji pokojowych, ale też dość mocno określiło kierunek twórczości U2.


Jeden z najważniejszych utworów Irlandczyków - "Sunday, Bloody Sunday" - opowiada właśnie o tragicznych skutkach walk w Irlandii (w Krwawą Niedzielę, 30 stycznia 1972 roku w Derry doszło do strzelaniny, w której z rąk brytyjskiej armii zginęło 13 osób). Zapowiadając premierowe wykonanie tego utworu, podczas koncertu w Belfaście 20 grudnia 1982 r., Bono powiedział: "Słuchajcie, ten utwór nazywa się Sunday, Bloody Sunday" - to nie jest piosenka o rewolucji. To piosenka o nadziei i rozgoryczeniu." Kontynuacją artystycznego sprzeciwu wobec walk w Irlandii stał się też znakomity kawałek "Please", na kolejnym koncercie w Belfaście w 1997 r. również poprzedzony komentarzem Bono: "Wiecie wszystko o tej piosence - przestańcie walczyć, zacznijcie rozmawiać."

Bono otwarcie sprzeciwił się również konfliktowi i wojnie w byłej Jugosławii. Podczas koncertu w Bolonii (17 lipca 1993 roku) po raz pierwszy udało się nawiązać satelitarne połączenie z pogrążonym w walkach Sarajewem, a na telebimach pojawiły się tragiczne, wojenne zdjęcia. Ta forma sprzeciwu wobec cierpień mieszkańców oblężonego miasta sprawiła, że świat otwarcie zaczął mówić o konflikcie w Jugosławii. Wraz z Luciano Pavarottim Bono nagrał znakomity duet, mocny w swej wymowie i świetny muzycznie tekstowo "Miss Sarajevo", a dochód ze sprzedaży singla (500'000 GBP) zasilił konto organizacji War Child.

Jednak najbardziej przejmującym utworem U2, wyrażającym niezgodę na przemoc i wojnę jest "Peace On Earth". Powstał on jako muzyczna odpowiedź na tragiczne wydarzenia, do których doszło w 15 sierpnia 1998 w Omagha. W zorganizowanym przez Real-IRA zamachu bombowym zginęło wówczas 29 osób. Utwór jest przesiąknięty bólem i rozpaczą, krzykiem o pokój na ziemi, a w jego końcowej części Bono wymienia imiona czterech z 29 ofiar zamachu (Sean - protestant, 61 lat; Julia - protestantka, 21 lat; Gareth - protestant, 18 lat; Anne - katoliczka, 48 lat; Breda - katoliczka, roczek). To jeden z tych utworów, po wysłuchaniu którego milczenie i cisza jest jedynym sposobem na oddanie hołdu tym, którzy już nie mogą go posłuchać. O jego sile świadczy też fakt, że po zamachach na World Trade Center w internecie pojawił się nieoficjalny remix, w którym między oryginalne wersy wpleciono relacje i komentarze tych, którzy byli świadkami ataku.

Bono jest dla mnie niedoścignionym autorytetem, znakomitym dowodem na to, że nie wszyscy artyści to maszynki do produkowania zielonych papierków z wizerunkami amerykańskich prezydentów. Jego zaangażowanie na scenie i poza nią, w walkę o przywrócenie człowiekowi należnej mu godności i prawa do życia, stanowi dla mnie wyznacznik, pozwalający określić kogoś mianem artysty. I na koniec pozwolę sobie sparafrazować słowa z tekstu Moniki - dlaczego takich jak on jest tak niewielu?

Mariusz "marioosz" Jagła

Ten tekst powstał dzięki informacjom, jakie zawarł w swej pracy magisterskiej mój kolega - Zbyszko Zalewski - największy fan U2 jakiego znam ;) - dzięx Zbych!

Zdjęcia pochodzą z teledysku "What's Going On" (nagranego przez Bono oraz Limp Bizkit, No Doubt, Christin'ę Aguilerę, Ja Rule, Backstreet Boys, Alicię Keys, Nelly Furtado, Britney Spears i N'Sync) w ramach akcji *Artyści Przeciwko AIDS*
Created by © insooth 2004 [v.5] / © IMM musicMAG 2003-2004
Zamów prenumeratę musicMAG-a! Następna strona Index Poprzednia strona Następna strona Index Poprzednia strona Skocz do góry Następna strona Index Poprzednia strona