Wydawało się, że Deicide pogrążył się zupełnie albumem "In Torment in Hell" - okrzykniętym najgorszym krążkiem w karierze, sporami z wytwórnią itp. Ale jak się okazuje zniszczyć tych zagorzałych "bogobójców" nie jest tak łatwo. Deicide powraca z niszczącym, znakomitym materiałem.
Glen Benton odkąd o nim słyszałem robi na mnie ogromne wrażenie. Możecie mi mówić co chcecie, nawet to, że Marilyn Manson szokuje, albo Slipknot jest kontrowersyjną kapelą, ale spójrzcie na zdjęcie Bentona. Od lat już towarzyszy mu wizerunek antychrześcijanina i wypalony na czole odwrócony krzyż - to się nazywa szokujący wizerunek! Benton po bardzo udanym epizodzie z Vital Remains wypluwa ponownie płuca w Deicide. Jego głos to dla wielu ideał growlingu, naprawdę niski ryk na przemian z wrzaskami. Ścieżki wokali są często nakładane, co daje naprawdę masakrujące efekty.
| |
Oczywiście Deicide to wciąż gęsto grany, agresywny death metal, trup ściele się gęsto, mocarne gitary są okraszone blastami itd. Pojawiają się tu jednak momenty bardziej melodyjne, choć nie ma co spodziewać się lekkiego materiału. Wolniejsze, koncertowe tempa są przeplatane z fragmentami szybkimi (choć Deicide już nie jest najszybszą kapelą na świecie). Oczywiście jak przystało na ten zespół tytuły mówią same za siebie. "Fuck You God", "When Heaven Burns" itp. To normalka i nikogo dziwić nie powinno, że Benton wypluwa z siebie słowa gardzące Chrześcijańskim motłochem. Brzmienie płytki jest bardzo dobre. Gitary mielą jak trzeba, bębny są w porządku, wspomniane wokale to doskonała esencja diabelskości. Jest nisko, intensywnie.
W sumie Deicide nie okdkrył niczego nowego w tej dziedzinie tym albumem. nie zmienia to faktu, że "Scars of Crucifix" to znakomite dzieło, wystarczy się wsłuchać w numer tytułowy, początek jak z zespołu core'owego, ale tylko gdy pojawia się ryk, wiemy, że chodzi o coś znacznie potężniejszego. Polecam!
Ugluk
|