Wydawało się, że Vader na naszej scenie to potęga nie do ruszenia. Oczywiście status giganta i legendy wciąż jest w rękach Olsztyńskiej bestii, jednak przed wydaniem omawianego albumu pojawiło się wiele głosów, które wróżyły Vaderowi rychły zgon i zjedzenie własnego ogona. No i przyznam, że nareszcie Vader stworzył dzieło które może zaskoczyć świeżością i oryginalnością.
Zaczyna się zupełnie niepozornie, po podniosłym instrumentalnym intro zespół wytacza działo w postaci "Out of the Deep". W momencie pierwszego przesłuchania trochę się zażenowałem. Jest to bowiem muzyka znana z "Litany" i "Revelations", może z wyjątkiem zaskakująco melodyjnej solówki. No właśnie, to pierwsza, bardzo ważna zmiana na "The Beast". Większość solówek nagrał Mauser i są to partie bardzo melodyjne, brzmiące niesamowicie i niezwykle charakterystycznie. Mam wrażenie, że po wypadku Docenta pozycja Mausera w zespole znacznie się podniosła. Brzmienie jest świetne, mięso w gitarach to patent znany już od dawna i wzmacniacze Mesa boogie robią swoje. Tym razem jednak nie zabrakło dobrego basu który dudni razem z perkusją Daraya (zastępującego chwilowo Docenta). Mimo wszystko, uważam jednak, że Peter powinien dać jeszcze więcej do powiedzenia Novy'emu, który przecież pokazuje na chociażby Dies Irae najwyższy poziom opanowania basu.
| |
Wracając do samej zawartości, to trochę zaskakuje "Dark Transmission". Riff trochę niespotykany w Vader, trochę heavy-metalowy.. choć kawałek, przyznam szczerze niezbyt przypadł mi do gustu. "Firebringer" to kolejny numer, który przywołuje na myśl poprzednie dokonania zespoły poza solówkami (Mauser ponownie), które są chyba najlepsze na całym albumie. Rewelacyjne, absolutnie niesamowite granie. Dopiero "The Sea Came in At Last" to zupełnie zachwycający mnie kawałek. Jest to połączenie klimatu (szepty, mówione partie), z czadem. Bardzo udał się ten numer Vaderowi, jak zresztą parę innych kawałków na tej płycie. Zaskakujące motywy, wspomniane, poukładane solówki to atuty tego albumu. Co może zawieść? To zależy od podejścia. Jeśli ktoś wciąż jest spragniony Vaderowego stuffu, może łykać śmiało album i napewno mu przypadnie do gustu. Ktoś, kto jednak stylu Vadera ma po dziurki w nosie momentami poczuje się jakby znowu słuchał tego samego. Takie same wokale (które jeśli mam być szczery nie są moim ideałem growlu - to właściwie nie jest klasyczny growling) i niektóre patenty przywodzą na myśl poprzednie, wybitne zresztą dokonania Vader. Niemniej, trzeba przyznać, że Peter i spółka zrobili coś, że The Beast podoba mi się. Coś, że te 40 minut porywa mnie prawie w całości. Dziewiątka, na wyższą ocenę Vader musiał by zrobić coś naprawdę kosmicznie niesamowitego.
Ugluk
|