Dobrodziej

Gdy tylko poczuł śmierć za plecami zechciał szybko przypisać komuś winę za taki oto stan rzeczy. Szantażem i groźbami wymusić u innych poczucie winy; doprowadzić do osłabienia woli bliskich, by móc nimi zarządzać, tak jak zawsze chciał; by bez słowa poddawali się jego najbardziej niedorzecznym planom, by realizowali je z wiarą, by brali za nie zawsze odpowiedzialność, dokładnie całą odpowiedzialność bez wyjątków. W wyniku niezliczona ilość niepowodzeń, brzemienne w skutkach decyzje, złe decyzje. Życie przelewa się i ucieka bezpowrotnie, ale to innym, a w jego pojęciu to bez znaczenia — jego życie rozkwita, tak uważa, on już o to zadba by było jak uważa, przecież on wie najlepiej jak i gdzie dobrze zaprezentować swoje wielkie Ja, ubliżając tym, których ma za swoją osobistą służbę, którą trzyma krótko i blisko, dążąc od jej całkowitej izolacji od świata zewnętrznego, jego stado niewolników, którym ubliża nieustannie wyładowując swoje frustracje by następnie użalać się godzinami nad swoim niedostatecznie zaspokojonym głodem sukcesu i światowego życia, wyzywać od głupków przy byle okazji tych, z których już nic lub niewiele może wydrzeć, tych, których już wykorzystał jak jednorazową chusteczkę do nosa; przecież tak bardzo wszyscy go krzywdzą, tak zwierza się napotkanemu przechodniowi, a powinni mu dzięki składać przy każdej okazji, tak wiele dla wszystkich zrobił, temu dogadał, tamtego obgadał, u tamtego nawet mieszkanie urządził, podczas gdy jego rodzina żyje w niegodnych warunkach; tak właśnie, rodzina powinna być mu bardzo wdzięczna, dzieci bić brawo za zaradność i mądrość ojcowską, a żona podstawiać świeżo zakupione złote talerze, przecież już dawno policzył jej pensję; podtykać pod nos kolejne złote talerze ze sztukami mięsa, a najlepiej z wyczerpania paść do stóp dobrodzieja, ucałować zgrzybiałe czarne paznokcie, i dokończyć żywota w wiernej służbie swojemu dobrodziejowi.

Trudne dziecko

Psycholog szkolny od dawna miała problem z tym dzieckiem. Mówiła, że to trudny orzech do zgryzienia, że próbowała już chyba wszystkiego. Dziecko odstawało od grupy w sposób wyraźny. Kulminacją były Mikołajki. Prezent od tego dziecka nie został wręczony, nie było prezentu. Rodzic kategorycznie stwierdził, że prezent został kupiony. Jakby inaczej, pomyślała, przecież to taka wierząca rodzina. Rodzic dodał, że czekolada została zjedzona, a drugiej nie kupi, bo niech się nauczy, podsumował. Psycholog nie dała za wygraną, szukała innego sposobu na dotarcie do dziecka. Pewnego dnia przyszło olśnienie, myśl wiodąca do pomysłu rozwiązującego jej problem wydała się prosta i genialna zarazem. Dzieci spontanicznie zorganizują prawdziwą imprezę integracyjną, która rozwikła zagadkę wyobcowanego dziecka, pomyślała. Zamysł szybko został wprowadzony w czyn, stoły uginały się od jedzenia i picia, pizza królowała. To dziecko natychmiast ożywiło się na informację o imprezie, pełen sukces!, skwitowała. Dziecko prawie codziennie, wielokrotnie dopytywało o szczegóły, to inne dzieci, to nauczyciela wychowawcę, dziecko otworzyło się, pełen sukces!, skwitowała. Dziecko było ciekawe zawsze tego samego, interesowało je przede wszystkim jedno, zawsze z niedowierzaniem pytało, czy to prawda, że będzie pizza, że będzie jedzenie. A każdy będzie mógł zjeść tyle, ile zechce.

Oswajanie lwa

Orwell, za przekładem Julity Mirkowicz, w Roku 1984 pisze:

Należało się uporać z problemem, jak utrzymywać w ciągłym ruchu machinę przemysłu, nie zwiększając zamożności świata. Rozumiano, że dobra należy wytwarzać, lecz nie wolno ich rozpowszechniać. Jedynym realnym rozwiązaniem była więc ciągła wojna. (...) Wojna to sposób na obracanie w pył, wysadzanie w stratosferę lub zatapianie na dno oceanów materiałów, które można by zużytkować inaczej, niepotrzebnie przyczyniając się do podwyższenia poziomu życia szerokich mas społeczeństwa, a co za tym idzie, do ich edukacji. Nawet wówczas, gdy sprzęt bojowy nie ulega zniszczeniu, jego produkcja to wygodny sposób zajęcia siły roboczej bez wytwarzania zbędnych towarów konsumpcyjnych.

Łatwość myślenia

E zadał pytanie: czy uważasz, że oni nas napadną? Komu zależy, aby zadawać sobie takie pytanie, pomyślałem, komu zależy na usprawiedliwianiu swojego wątpliwej jakości postępowania strachem przed obcym, i czy takie pytanie zadają sobie tylko wybrane grupy. I dalej, dlaczego władzy zależy na kreowaniu atmosfery nieustającego konfliktu i napięcia, kto w końcu tak zajadle chce rewanżu, i za co oraz na kim w rzeczywistości ma być to rewanż. Chwilę potem przeczytałem w Roku 1984 Orwella w przekładzie Julity Mirkowicz:

I rzeczywiście partyjny światopogląd najłatwiej dawał się wpoić ludziom o zbyt ograniczonej inteligencji, aby go mogli pojąć. Bez protestu akceptowali nawet najjaskrawsze wypaczenia rzeczywistości, bo nie rozumieli w pełni potworności tego, czego od nich żądano, a ponadto zbyt mało interesowali się aktualnymi wydarzeniami, aby zdawać sobie sprawę z grozy sytuacji. Niewiedza pozwalała im zachować zdrowe zmysły. Przełykali wszystkie kłamstwa, i to bez najmniejszego dla siebie uszczerbku, bo przelatywały przez nich - nie strawione - niczym kamyki przez układ pokarmowy ptaka.

Powietrze

Ruch powietrza zamarł gwałtownie, gdy tramwaj zatrzymał się. Energiczny napływ mas zaczął tłoczyć ludzkie istnienia do stalowego pudła. Kleisty zaczyn rozchodził się wrzaskliwie i nierównomiernie w sposób niekontrolowany i szybki. Nieostrożni ci, którzy przebywali zbyt blisko rosnącego lepkiego ciasta, łatwo stykali się z opuchlizną, natychmiastowo przyklejali się do niej, a ta wypełniała im usta, uszy i oczy, by ostatecznie posiąść ich i przekształcić, stworzyć na nowo, lepkich i zostawiających tłuste ślady, pewnych siebie bezwarunkowo. To, co ich wchłonęło, rośnie w nich, jest z nimi tożsame i pochłania wszystko, co się z nimi zetknie. Nawet ich przedwcześnie przypadkowe dzieci, ich rodzina założona bo nie było stać na służbę, wolno przesuwają się w powietrzu gęstym jak klej, do ostatnich płytkich wdechów. Powietrze w blaszanej puszce gęstnieje, bezruch. Oczy pieką, jak gdyby ktoś płynnie wyłączał oświetlenie. Cień przyciągnięty do podłogi dużą dynią na sznurku trzymaną w prawej ręce potykając się dobiega do dobrze natłuszczonego siedzenia. Z ulgą opada na wytarte miejsce a biała dynia na foliowym sznurku dociąga jego ramię. Powietrze przecina zapach palonej skóry, skwierczącego tłuszczu pod nią, kilogramów soli i tanich przypraw. Ludzie, nie krowy, dyń nie jedzą, krzyczy rozpuszczony bachor. Zmodyfikowane kurczę z niedokładnie poderżniętym przez maszynę gardłem wydaje swój ostatni dech, sznurek podciąga je w górę, to w dół, ostry smród potu miesza się z wegetą. Tramwaj rusza. Jeszcze jeden krótki wdech.

Valid XHTML 1.0 Strict