Menu  lipiec 2004 (18)  indeks . zapowiedzi . artykuły . recenzje . muzyka w sieci . redakcja . special numeru . magazyn on-line

Metallica, Slipknot, Vader
31.05.2004 Stadion Śląski - Chorzów

Stało się! Spełniłem swoje marzenie, zobaczyłem Metallikę - zespół który od jakiś 4-5 lat porusza moje sercem i wogóle całą duszą. Uprzedzam, w tej relacji będzie mnóstwo uniesień, podniecenia itd... ale czy dziwicie mi się? Spełniłem jedno ze swoich marzeń. Ale po kolei.
Nasza mała ekipa wyruszyła z Warszawy w godzinach rannych. W tym samym mniej więcej momencie zadzwonił mój kumpel. Już siedział pod bramkami. Cholera - czubek(!!!) pomyślałem. Praży się w słońcu pod stadionem, a koncert za 5 godzin. Jego cierpliwość została jednak nagrodzona, bowiem jak się później okazało osoby czekające przed koncertem, otrzymały wejściówki na zamknięty sektor tuż pod sceną (kilka tysięcy miejsc). Niemniej jeszcze w tamym momencie uważałem mojego znajomego za kompletnego wariata. Po drodze do Chorzowa, minęliśmy jakieś dwie setki samochodów i wszelkiej maści busików i autokarów z napisem "METALLICA". To bardzo miła rzecz, aczkolwiek po jakiejś setce, zaczyna Cię boleć ręka od pokazywania "szatana". Na miejsce dotarliśmy nie bez problemu, bowiem utknęliśmy w dwóch korkach :/. W tym momencie byłem mocno przestraszony, że nie zobaczę Vadera, jak się okazało moje obawy były bezpodstawne. Około godziny 16 wpakowaliśmy się z koleżanką na płytę. Ale ogrom! Scenę to odwalili Amerykanie niemałą. Trochę ludzi zgromadziło się pod barierkami i na płycie, jednak tłum miał dopiero nadejść. Wiadomo - popołudniowe słoneczko + czarna koszulka = piekarnik, ale poziom adrenaliny był dość wysoki w moich żyłach i męczarnia nie wydawała się taka straszna. Coraz więcej ludzi.. wszyscy wstają.. jak stanę na palcach to widzę scenę ;-), nie jest źle.

O godzinie 17.45 ku mojemu zaskoczeniu, punktualnie wkroczyli na scenę muzycy Olsztyńskiej legendy - Vader. Najpierw spokojnym krokiem wchodzą Mauser, Novy i zastępca Doca - Daray z Vesanii. Rozpoczyna się intro... wchodzi Peter. Niesamowita wrzawa, podczas tego dnia zadrżałem z zachwytu poraz pierwszy. Polacy wyglądali niezwykle dumnie na scenie. Uderzyli jak burza, niestety zastraszająco cicho. Powiem, że można było spokojnie rozmawiać podczas ich setu, co jest ewenementem :(.. Zagrali dosłownie kilka numerów, za to same killery - poszło "Sothis" na przywitanie, "Xeper", "Wings", "Carnal" i parę innych. Mimo fatalnego nagłośnienia, publiczność przyjęła zespół bardzo dobrze, więc Vader może być z występu w Chorzowie zadowolony. Ja również oceniam set bardzo pozytywnie, chociaż głośność zespołu była po prostu żenująco niska (wina dźwiękowców z ameryki :/).

Po przerwie, montowaniu sprzętu i paru próbach dźwięku (już na próbie można było zauważyć, że Slipknot zagra 2 razy głośniej). Zaczęło się wielkie show w wykonaniu dziewięciu szaleńców z Iowa. Swego czasu bardzo wybrzydzałem na ich twórczość i komercyjne podejście.. na ich image i brak głębi, jednak koncert w Chorzowie był miazgą jakich mało. Po długim, industrialnym intro pojawili się. Wrzawa jakich mało, cholerny wydzier ze strony fanów. Dziewięciu zamaskowanych, odzianych w kombinezony gości na scenie.



Zaczęli zajebistym (SIC!), które jak ulał pasuje na poczatek występu. Energia, niesamowita agresja udzieliła się również publice, więc wrzaski i ruchy w tłumie były nieuniknione. Wszystko działo się cholernie szybko. Joey Jordison za swoimi bębnami (jaskrawo-pomarańczowe pentagramy na centralkach) nadawał niezwykłe tempo całości. Gitarzyści szaleją, nie mówiąc o Shawnie. Ów jegomość, odziany w maskę przypominającą clowna, w różowy krawat i długie warkoczyki na łbie skakał i robił wszystko by nie stać w miejscu. Poleciały killery zespołu "Disasterpiece", "People=Shit", "Wait and Bleed", a także kilka nowych kompozycji. Było także parę patentów użytych na Dvd Slipknota. Na "Spit it Out" Corey usadził publiczność na ziemi, a na słowa Jump Da Fuck Up wszyscy zaczęli skakać. Niezła sprawa, wygląda diabelsko, choć nie wszyscy połknęli haczyk. Generalnie występ podobał się, choć jak przewidywano znaleźli się zdecydowani przeciwnicy zespołu. Niemniej Slipknot nie zawiódł swoich fanów i dał świetny show.

No i w końcu główna gwiazda - Metallica. Czekałem na tą chwilę parę lat, codziennie wypatrując na wszelkich stronach internetowych wieści o koncercie w Polsce. W końcu stało się - byłem na płycie stadionu oczekując koncertu Metalliki. Przyznam, że godzina stania w sporym ścisku, w towarzystwie mało trzeźwych gości nie należała to najprzyjemniejszych, ale opłacało się. Ruszyło intro "Ecstasy of Gold". Na wielkich telebimach pojawia się scena z westernu "Dobry, zły brzydki". Kowboj idący prerią zauważa ciągnące się rzędy drewnianych krzyży. Dreszcze mnie przechodzą nawet w tej chwili na samą myśl. Gdy skończył się utwór Enio Moricone z taśmy poszło jeszcze intro do "Blackened".. Zaczyna się, w końcu ruszają.. niesamowity ruch w tłumie, nie wiele widzę wszyscy skaczą. Parę osób wysiadło na "dzieńdobry" i wycofało się do tyłu. Widzę Larsa - stoi za bębnami dumnie spoglądając na 50 tysięcy fanów! Grają... zajebiście ciężko, brzmią doskonale, telebimy niesamowicie pokazują najciekawsze ujęcia. Można było więc zobaczyć tłum ludzi, stopy Larsa szalejące na centralkach i muzyków w zbliżeniu. Coś nie do opisania! Kolejno ruszały starsze hity grupy jak chociażby "The Four Horseman" czy "Fade to Black". Nie zabrakło też nowych kompozycji z St.Angera "Frantic" i numeru tytułowego. Z początku chłodno przyjmowanych przez fanów, jednak ich agresywne, perfekcyjne wykonanie wielu wprowadziło w zachwyt. Na uwagę zwracały niesamowite efekty pirotechniczne. Na "Fuel" pojawiły się ogromne promienie z plecami muzyków. Fajerwerki i wybuchy także toważyszyły Metallice do końca. Zaskoczyło doskonałe wykonanie "No Leaf Clover" - numeru znanego z płyty symfonicznej. To samo z zajebistym "King Nothing". James pochwalił ludzi za śpiewanie razem z nim, dostaliśmy także miano "najbardziej czarnych koszulek" (na oficjalnym fan clubie Metallica). Żadne moje słowa nie mogą opisać dokładnie tego co działo się tamtego dnia w Chorzowie. Myślę, że koncert podobał się prawie wszystkim, chyba tylko kompletni dewianci mogą narzekać na słaby set. 18 numerów - starych, nowych i tych z rewelacyjnego czarnego albumu. Były ballady: "One" i "Nothing Else Matters", były cieżkie killery jak "Sad but True" i wiele innych kawałków. Kiedy wrócą? Nie wiadomo, ale Lars zapowiedział, że nie pozwoli polskim fanom długo czekać. Kirk Hammet natomiast życzył Polakom "na zdrowia" ;-). Niezapomniane przeżycie!

Created by © insooth 2004 [v.5] / © IMM musicMAG 2003-2004
Zamów prenumeratę musicMAG-a! Następna strona Index Poprzednia strona Następna strona Index Poprzednia strona Skocz do góry Następna strona Index Poprzednia strona