Zespół Archive zyskał w Polsce popularność dzięki znakomitej kompozycji "Again", w pełni zasłużenie ponad rok (!!) goszczącej na liście przebojów radiowej Trójki. W 2003 roku po albumie, z którego pochodził wspomniany utwór zespół zrealizował muzyczny projekt inspirowany postacią z francuskiego komiksu zatytułowanego "Michel Vaillant" (autorstwa J. i P. Gratona). W roku 2004 ukazał się film fabularny na motywach komiksu a twórcą jego ścieżki dźwiękowej był także zespół Archive, ale to już trochę inna historia, choć ścieżka obficie czerpie właśnie z tej płyty...
Album "Michel Vaillant" to prawie pięćdziesiąt pięć minut dźwięków zamkniętych pod czternastoma tytułami. I nawet jeśli nie ma się zielonego pojęcia o źródłach, które zainspirowały powstanie tej muzyki (komiksie) to nietrudno po przyciągającej wzrok okładce albumu, tytułach utworów jak i samych utworach zorientować się w temacie i wczuć się w klimat, który obficie sączy się tutaj z najmniejszego decybela. Muzyczne pejzarze namalowano tu w większości przypadków dość grubym i ciężkim pędzlem ociekającym dźwiękami, wydatnie wspomaganym mechaniką i elektroniką. Te utwory aż sapią już od momentu, w którym znajdziemy się na moście (znakomite "Bridge Scene" z hinotyzującym motywem granym na gitarze i podobnie działającym motywem uzyskanym dzięki elektronice, można słuchać w nieskończoność!). Późniejsze kompozycje także wśród zgiełku zabierają nas w inne miejsca i umieszczają w innych sytuacjach.
| |
Przy "Leader theme" zasiadamy w bolidzie pędzącym tylko po to, aby wygrać wyścig. Sam utwór ma zdecydowanie najciekawiej brzmiącą partię perkusyjną z łaskoczącymi zmysły słuchu przeszkadzajkami. "Nightmare Scene" naprawdę straszy a "Nightmare Is Over" czule głaszcze i otula. Równie skrajne wrażenia towarzyszą przy słuchaniu dwóch wersji utworu "Come to me" (na ścieżce dźwiękowej do filmu ukazała się jeszcze trzecia). Pierwsza to spokojna, cichutka kołysanka z instrumentami smyczkowymi a "Come to me 2" to aż dwa razy dłuższy, soczysty, motoryczny rozleniwiacz, przy którym raczej się tak łatwo nie zaśnie choć tak uparcie kołysze, i w którym słychać jeszcze więcej orkiestry. Na albumie nie zabrakło oczywiście przystanków, na których możemy spokojnie odpocząć. Najznakomitszym z nich jest zdecydowanie instrumentalne "Vaillant Theme" z delikatnym fortepianem, delikatnymi brzmieniami orkiestry i subtelną elektroniką (o ile nie są to brzmienia otrzymane w sposób bliższy matce naturze). Wzruszające to mało powiedziane. Mile spędzimy czas także przy "Friend", któro wepchnie w nas trochę optymizmu. Utoniemy w tej muzyce aż w końcu zrobi się ciemno i czerwono... Pięknie...
Płyta niewiątpliwie robi duże wrażenie, ale nie słucha się jej łatwo i nietrudno poczuć się zmęczonym. Bardzo dużo tu zgiełku i niemal chaosu a czasami wydaje się, że jest po prostu za głośno. Ale jest to muzyka, do której chce się wracać i w której udało zamknąć się niepowtarzalne nastroje i klimat. Można smakować po kawałku lub od razu w całości (jeśli nie okaże się zbyt ciężkostrawne) o każdej porze (choć oczywiście najlepiej w spokoju po zmroku) i ciągle odkrywać coś nowego... Pozycja obowiązkowa dla miłośników alternatywnego grania!
Ecnelis
|