Pewnego dnia w życiu Freddiego Mercurego miało miejsce szczególne wydarzenie. Otóż, wybrał się on na jedną z oper Verdiego. W samym tym fakcie nie byłoby nic nadzwyczajnego. Freddiego zawsze interesował świat opery, i to on jako pierwszy połączył ten gatunek muzyki z rockiem, przez skomponowanie w 1975 roku słynnej "Bohemian Rhapsody", zawierającej charakterystyczny pseudo-operowy fragment. Jednak podczas tego przedstawienia jedna z sopranistek wywarła na nim ogromne wrażenie, znacznie większe niż jakakolwiek inna śpiewaczka którą słyszał w życiu. Jak opisuje to Peter Freestone (osobisty asystent Freddiego): "gdy wysłuchał jej partii, szczena mu opadła". Freddie zaczął gorączkowo wypytywać Phoebe (tak nazywał Petera), kiedy sopranistka wyjdzie znów na scenę, czy ma jakieś jej płyty i przede wszystkim, kim ona jest? A była to wielka hiszpańska Diva Operowa - Montserrat Caballe.
Freddie zaczął marzyć o spotkaniu z nią. I trzy lata później, w 1986 r. nadarzyła się ku temu okazja kiedy przyjechał do Hiszpanii. Ich spotkanie zaaranżowano w barcelońskim hotelu Ritz. Freddie był niezwykle podekscytowany, ale i zdenerwowany, więc wybrał się tam razem ze swoim managerem oraz Mike'm Moranem, producentem muzycznym i pianistą. Spotkanie wypadło znakomicie - Freddie i Montserrat świetnie się rozumieli, i długo improwizowali razem przy fortepianie. Następnego dnia Mike, Montserrat i Freddie spotkali się po raz drugi w domu Freddiego, i znów improwizowali przy fortepianie. Ta osobliwa "jam session" trwała od wieczora... aż do białego rana! Niedługo potem oboje postanowili nagrać razem piosenkę ("Barcelona"), a następnie cały album.
Praca nad albumem przebiegała w szczególny sposób. Montserrat, jak to Diva Operowa, odbywała w tym czasie tournee po całym świecie i nie mogła być w studiu razem z Freddiem, Mike'm Moranem i resztą muzyków. Dlatego nagrywała swoje partie na taśmy w przerwach pomiędzy występami i wysyłała je do studia z różnych miejsc na całym świecie, zależnie od tego gdzie akurat koncertowała. Wreszcie w 1988 r. album był gotowy i ujrzał światło dzienne 10 października pod nazwą "Barcelona". Zawierał osiem wspaniałych duetów, będących niezwykłym, niespotykanym wcześniej połączeniem muzyki rockowej i operowej.
Album rozpoczyna się tytułowym utworem "Barcelona". To właśnie od tej piosenki się wszystko zaczęło, kiedy Montserrat poprosiła Freddiego aby napisał piosenkę o jej rodzinnym mieście - Barcelonie oczywiście. Piosenka jest niezwykle dynamiczna, ekspresyjna i najbardziej "przebojowa" na albumie. Rozpoczynają ją chóralne głosy "viva Barcelona!", po czym następuje duet naszej pary. Nietrudno z jej tekstu wywnioskować, że opowiada o spotkaniu Freddiego i Montserrat: "Barcelona - it was the first time that we met / (...) The moment that you stepped into the room you took my breath away".
Jednak "Barcelona" to zaledwie wstęp do tego, co znajduje się dalej na albumie. Każda kolejna piosenka przynosi zaskoczenie. Piosenki są zróżnicowane, nawet pod względem językowym - zarówno Freddie i Montserrat śpiewają po japońsku, hiszpańsku i angielsku. "La Japonaise" zanurzona jest w klimacie muzyki japońskiej. Utwór ten przepełniony jest zachwytem nad przyrodą tego kraju, który Freddie i Montserrat z pewnością nieraz odwiedzili (choć nie razem, rzecz jasna). "The Fallen Priest" to historia kapłana, który jest rozdarty pomiędzy miłością do Boga i do kobiety. "Ensueno" to wolna, nastrojowa ballada, w której chyba po raz pierwszy słyszymy Freddiego śpiewającego swoim tenorem lirycznym, czyli znacznie niżej niż na albumach Queen. Szkoda, że zdarzało się to tak rzadko: jedynym przychodzącym mi na myśl innym przykładem piosenki, w której Freddie śpiewa podobnie jest "I'm Going Slightly Mad" z Innuendo. Po wysłuchaniu "Ensueno" myślę, że mógłby on zostać śpiewakiem operowym - kto wie czy tak by się nie stało, gdyby nie umarł przedwcześnie.
| |
Za to w kolejnym utworze, "The Golden Boy", słyszymy... chór gospel! Na początku wydawało mi się, że to raczej niepasujący element do reszty płyty, ale szybko się do niego przekonałem. Dzięki niemu jest ona jeszcze bardziej różnorodna i jeszcze lepsza. "Guide Me Home" wprowadza nas do kolejnego utworu "How Can I Go On" - jest to zdecydowanie jedna z moich ulubionych piosenek na "Barcelonie". Co ciekawe, zagrał na niej na basie John Deacon. Był to jedyny udział innego członków Queen na tym albumie. Płytę kończy "Overture Piccante"; ta piosenka trochę rozczarowuje, bo w zasadzie jest tylko powtórzeniem fragmentów poprzednich utworów przez połączenie ich w całość.
Muzykę z "Barcelony" trudno zdefiniować. Bogusław Kaczyński powiedział, że jest to doskonałe połączenie dwóch żywiołów, ognia i wody. To jest chyba najlepsze określenie - naprawdę trudno określić, w którym miejscu słyszymy operę, a w którym piosenkę popularną. Te dwa gatunki zrosły się tu w jedno, powiedziałbym nawet, że powstał nowy rodzaj muzyki! Często się zdarzało, że śpiewacy operowi występowali razem z przedstawicielami muzyki rozrywkowej, ale takie połączenia rzadko bywały udane. średnio podobał mi się na przykład gościnny występ Małgorzaty Walewskiej na koncercie Irka Dudka, a o takich klapach jak wspólny występ Luciano Pavarottiego i Spice Girls (sic!) im mniej się powie, tym lepiej. Natomiast na "Barcelonie" doszło do prawdziwie doskonałego połączenia. Być może jest to efektem tego, że zarysy prawie wszystkich piosenek z "Barcelony" powstały w czasie "jam session" w domu Freddiego - na dodatek uczyniło to muzykę bardziej spontaniczną, ekspresyjną i emocjonalną.
Największą siłą "Barcelony" jest jej oryginalność i innowacyjność. Dalej można wymienić przede wszystkim dwa wspaniałe głosy: operowo-rockowy Freddiego oraz niezwykle silny i charakterystyczny sopran Caballe, a także wspaniałe kompozycje, piękne, pełne poetycznych metafor teksty oraz grę Mike'a Morana. Album nie ma żadnych znaczących wad. Możnaby się przyczepić tylko do tego, że podkłady (z wyjątkiem fortepianu, basu Johna i kilku instrumentów z piosenki "Barcelona") powstały przy użyciu syntezatora. Brzmią wprawdzie bardzo dobrze, ale prawdopodobnie brzmiałyby jeszcze lepiej gdyby nagrano je z prawdziwą orkiestrą symfoniczną. No i szkoda, że piosenek jest tylko 8 (a właściwie 7 jeśli nie liczyć "Overture Piccante"). Chętnie posłuchałbym jeszcze jakiegoś coveru w wykonaniu Freddiego i Montserrat, np. "La Vie En Rose" albo podobnej piosenki.
Album ten jest pozycją absolutnie obowiązkową dla fanów głosu Freddiego Mercurego lub wielbicieli Montserrat Caballe. Według mnie "Barcelona" to największe muzyczne osiągnięcie Freddiego w karierze. Jednak nie mogę jej z czystym sumieniem polecić wszystkim fanom Queen. Krótko mówiąc, jeśli na sam widok opery dostajesz wysypki, to pewnie nie docenisz "Barcelony". W każdym razie, jest to jedna z moich absolutnie ulubionych płyt; za każdym razem kiedy jej słucham, podoba mi się bardziej i bardziej. I myślę, że jeśli tylko lubisz dobrą muzykę i jesteś otwarty na nowe brzmienia, to po uważnym wsłuchaniu się w "Barcelonę" pokochasz ją tak jak ja.
CIEKAWOSTKI:
Następnego dnia po pierwszym spotkaniu z Freddiem, Montserrat Caballe spontanicznie wykonała na zakończenie swojego recitalu jedną z jego piosenek, "Exercises In Free Love". Było to zaskoczeniem zarówno dla zgromadzonych widzów, jak i samego Freddiego.
Improwizacje Freddiego i Montserrat Caballe w jego domu, które stały się podstawą albumu, zostały nagrane na taśmę. Jej fragmenty można usłyszeć na jednej z płyt wydawnictwa "The Freddie Mercury Solo Collection". Obecnie taśmę posiada Peter "Phoebe" Freestone.
W czasie nagrywania albumu Montserrat miała przyjechać na krótko do studia nagraniowego. Freddie bardzo się tym przejął i chciał zrobić wszystko, aby jej odwiedziny wypadły jak najlepiej - kazał w całym pomieszczeniu porozstawiać kwiaty itd. Zlecił nawet generalną przebudowę damskiej łazienki przy studiu na wypadek, gdyby Caballe chciała z niej skorzystać.
Po nagraniu "Barcelony" Freddie powiedział w jednym z wywiadów: "Zapomnijcie o rock'n'rollu - teraz zajmuję się operą!"
Michał Dettlaff
- największy w Polsce zbiór recenzji albumów Queen... i nie
tylko!
|