Menu  grudzień 2004 (23)  indeks . zapowiedzi . artykuły . recenzje . muzyka w sieci . redakcja . special numeru . magazyn on-line

Rammstein - Reise, Reise

Nie będę chyba zbyt odkrywczy, jeśli stwierdzę, że bardzo, bardzo wiele osób w całej Europie czekało na nową muzykę z obozu Rammstein. Od premiery dobrze przyjętej "Mutter" minęło już sporo czasu, a nieliczne wieści dochodziły od Niemców w sprawie nowych nagrań. Aż tu koło końca wiosny okazało się, że po wakacjach krążek będzie gotowy. Mi osobiście mania Rammsteina minęła dawno i nie czekałem zbytnio na nowy album. Nie słyszałem singla, nie przesłuchałem ani jednego kawałka, po prostu chłodna obojętność, mimo niegdysiejszego entuzjazmu wobec tego zespołu. Ale trafił się wyjazd na Ukrainę, gdzie płyty dla Polaka mają wybitnie przystępną cenę. I zdarzyło się, że obok black metalu, Fear Factory i Amorphis, w mym plecaku znalazł się nowy krążek Niemców. I oniemiałem, bo nagrali najlepszy album w swej błyskotliwej karierze. I to zaskakujący!
Przestali się w jakikolwiek sposób zasłaniać. Nowy album jest komercyjny, miejscami do bólu. Jednak nie chamsko komercyjny, lecz komercyjny w elegancki sposób. Zniknął industrial i naleciałości techno, co można by jeszcze wywnioskować z poprzedniej płyty, na której ograniczono ich rolę w muzyce Rammsteina. Elektronika jest teraz bardzo delikatna i schowana w tle, tworzy podskórny "pancerzyk" kompozycji. A co w zamian? W zamian... orkiestra symfoniczna i chór. Integralne czasem wręcz dla kompozycji. I do tego mnóstwo eksperymentów muzycznych, ale o tym potem. W oczy rzuca się produkcja. Idealna, wyważona. Bębny wreszcie nie brzmią jak automat, widać, że Christoph Schneider podszkolił się w grze i produkcja to wyeksponowała. Gitary przejrzyste, nieco wygładzone, ale wciąż ostre. Orkiestra wspaniale dopełnia, i tylko klawiszy miejscami w ogóle nie "czuć", ale to celowy zabieg. Wspaniale, naprawdę widać włożoną w to te zapewnię ogromną kasę. Tylko wokal Tilla taki sam, jak zawsze, ale to chyba raczej atut.

Płyta zaczyna się od utworu tytułowego. Tu jest jeszcze klasycznie dla tego zespołu, może poza bardzo bogatymi zdobieniami symfoniką. Motoryczny, choć nieco urywany riff , niepokojąca, oszczędna zwrotka i patetyczny, piękny i melodyjny refren. Utwór kończy się dźwiękami akordeonu, uspokajającymi przed mocnym uderzeniem. Wchodzi singiel, "Mein Teil", tez jeszcze podobny do chociażby utworów z "Mutter, za to nowy zabieg wokalny, dziwne przetworzenie w zwrotkach, dodaje nieco klimatu grozy, bardzo adekwatnego do "kanibalistycznego" tekstu. No i partia chóru. Gdy zostaje sama, bez instrumentów, po ostatnim refrenie, budzi autentyczny niepokój, brzmi jak zawodzenie sfory duchów. Po tym jednak nieco zachowawczym kawałku mamy najdłuższy chyba utwór, "Dalai Lama". Niepokojący pochód basowy, głos opowiadający historię grozy w stylu nawet Kinga Diamonda, taka horror bajeczka o locie samolotem. Refren jest mocny i "atakujący" riffem. Ale potem objawia się jeszcze drugi refren, z delikatną wokalizą Tilla, hipnotyzującą słuchacza, no i plumkające, przestrzenne dźwięki klawiszy Dr. Flake'a.
Kolejne zaskoczenie przynosi "Los". Wyparowały elektryki! Mamy motoryczna naparzankę perkusyjną, marszową stylistykę typowa dla zespołu, ale motyw główny to nie riffowa ściana, ale akustyczna gitara. Wprowadza to ciekawy klimat, brawa za inwencję. Następny utwór, drugi singiel, znają pewnie wszyscy. Wpada w ucho, głównie za sprawą chwytliwego refrenu z udziałem chóru dziecięcego i zaśpiewany po... angielsku, dzięki czemu każdy może go bezwstydnie nucić. Jest tak natrętnie chwytliwy, że nawet osoby, które nie lubią twórczości Niemców, nucą ukradkiem pod nosem "We're all living in Amerika, Amerika, ist wunderbar". Ten numer przerżną stacje radiowe, jak nic, będzie leciał w kółko. Niektórzy bardziej ortodoksyjni fani w tym momencie znienawidzą nowe oblicze zespołu, za nachalne schlebianie gustom ogółu. "Moskau" to nawiązanie do nurtu "dyskotekowego", ale prawie bez elektroniki. Elektronikę udają gitary (charakterystyczny, dance'owy motyw), perkusja brzmi jak najbardziej naturalnie, chwile pojawia się tylko loop. Aury tandetnego disco dodaje utworowi wokalistka, śpiewająca w duecie z Tillem... po rosyjsku, wybitnie w stylistyce Tatu. Aby było zupełnie przaśnie, pojawia się też akordeon, bardzo "knajpiany". Ale o dziwo, kawałek sprawia perwersyjną przyjemność w odsłuchu, jest tak kiczowaty, ze aż genialny. Takie to dziwota na tym "Reise Reise"...

Peleton zaskakuje zupełnie. "Morgenstern" jawi się jako najlepszy utwór płyty. Barokowa melodia i chór, romans z klasyką , riffy jak u Pantery, urywane. Zaskakuje brzmienie perkusji, w pędzącym refrenie to istne bębnienie w stylu... funky, jak uboższa nieco wersja Chada Smith'a. Zaskakujący kolaż, barok, metal i funky w rytmice perkusyjnej. Następne "Stein um Stein" zaczyna się balladowo i tylko złowieszczy, "szprechający" głos Tilla przypomina, czyjej płyty słuchamy. Zmienia się to w ostrym refrenie, z rykami niemal growl'owymi w tle. "Ohne Dich" to już sielanka. Piękny, spokojny motyw orkiestry i Till, on tu ŚPIEWA NORMALNIE, nie gada w swej manierze. Obrazu dopełniają stonowane akustyki, pianino i delikatne tło perkusyjne, w wolnym tempie. Co prawda w refrenie dołącza się przesterowana gitarka i chórek, ale tez obój. Dla mnie jednak ładnie, lirycznie śpiewający Till to największe zaskoczenie, coś podobnego zaistniało niegdyś chyba tylko w "Seeman" i w "Mutter", ale nie na taką skalę. "Amour" zaczyna się motywem a la lat osiemdziesiąte, potem delikatne tło i ładnie melorecytujący Till. W refrenie śpiewa głęboko, francuskie "Amour, Amour" wypada tak , ze już widzę oczyma duszy jakiegoś francuskiego szansonistę i tłum zakochanych fanek. Płyta kończy się delikatnie i romantycznie, bardzo... ładnie, stonowanie.

Zaskakujące. Koniec tej płyty to prawie pop rock, bardzo przyjemny zresztą. Cała płyta zaskakuje. Wycieczki lingwistyczne. Podszkoleni instrumentaliści: perkusista- zróżnicowana, nie monotonna rytmika i gitarzysta- pojawiają się bardzo proste, ale zawsze, solówki. Muzyka... przyjemna? Ma kopa, ale wybuchającego rzadko, głównie w refrenach. Miarowa, industrialno-marszowa jazda z przeszłości ostała się jeno w dwóch pierwszych kawałkach. Pojawił się za to sprawnie i z polotem zagrany rock środka, z wieloma wpływami innych stylistyk. I wiecie co? To jedyny chyba przypadek, kiedy pójcie zespołu w komercje zrobiło mu dobrze, urósł w moich oczach. Nie jest to wielka sztuka, ale sprawna, fajna muzyka, nie pozbawiona zadziorności i ostrości, nie tylko w tekstach. Myślę, ze on po prostu dojrzeli.

Mareck


ocena:
8/10
tracklista:
01. Reise, Reise
02. Mein Teil
03. Dalai Lama
04. Keine Lust
05. Los
06. Amerika
07. Moskau
08. Morgenstern
09. Stein um Stein
10. Ohne dich
11. Amour
Created by © insooth 2004 [v.5] / © IMM musicMAG 2003-2004
Zamów prenumeratę musicMAG-a! Następna strona Index Poprzednia strona Następna strona Index Poprzednia strona Skocz do góry Następna strona Index Poprzednia strona