Norweska scena metalowa wydaje się bezdennym workiem z oryginalnymi zespołami. Od czasów mordujących się oszołomów z Mayhem dzielą ją już niemal lata świetlne. Nieszablonowe zespoły można wymieniać i wymieniać. Starczy tylko wspomnieć: Emperor, Fleurety, Arcturus, Ulver (to już nie metal, ale korzenie w nim ma), Peccatum, Solefald, The Kovenant, Borknagar, najnowszy Age of Silence. Zresztą wszyscy ci muzycy, jacy są motorami tych bandów, znają się dobrze jeszcze z czasów, gdy skakali umalowani na biało po lesie, krzycząc w imię Szatana i paląc Kościoły. Może dlatego tak szybko wszyscy niemal równocześnie postawili sobie jako cel szerzenie nowatorstwa i oryginalnego, indywidualnego spojrzenia na muzykę. Do tej grupy należy tez Winds. I jeśli Norwegia ma nadal wydawać na świat takie zespoły, to niech jej gwiazdka pomyślności nigdy nie zagaśnie. Bo to co one prezentują, jest po prostu nieziemskie.
Winds to dziecko czterech muzyków. Lars Eric Si, wokalista/basista i Andy Winter, pianista, mogą wam być zupełnie obcy. Pozostali dwaj na pewno obili się bardziej rozeznanym o uszy. Są to Carl August Tidemann, gitarzysta o niebanalnych umiejętnościach oraz Hellhammer, perkusista który zaczynał w legendarnym dla mrocznych prymitywów Mayhem i bez którego nie nagra płyty żaden norweski zespół (Gdzie ten koleś nie grał?). Nie da się ukryć, że ci dwaj ostatni rozsławili się grą w moim ukochanym projekcie- Arcturus. Musze dodawać, jak trafiłem na ten zespół? Nieważne, ci czterej panowie są jednakowi w swych niezwykle wysokich umiejętnościach. Nic dziwnego, że technicznie Winds to perfekcyjna maszyna. Wszyscy mniej lub bardziej porównują ten zespół do Arcturusa, więc ja się wyłamię i stwierdzę, że Winds za cholerę Arcturusa nie przypomina. Oprócz może charakterystycznej perkusji Piekielnego Młotka i uczuciowych, przestrzennych solówek Tidemanna. Wręcz przeciwnie, jest on na przeciwnym biegunie. Arcturus był kontrolowanie chaotyczny, eklektyczny i eksperymentalny, zawierał wiele kierunków muzycznych. Winds też dużo eksperymentuje, ale nie swobodnie, a w obrębie kanonu klasycznego. Muzyka zaś nie ma diabelskiego chaosu, lecz nieziemski, dostojny spokój. Z kierunków muzycznych jest tu tylko klasyka, reprezentowana przez kwartet smyczkowy i bardzo klasycystyczne pianino, oraz metal, ale w takiej stonowanej formie, bez naprawdę ostrego wygrzewu. Aa razem brzmi to ciekawie. I inaczej od innych produkcji ze stereotypową nalepką "symfonczny metal".
Muzyka Winds jest śliczna. Tak po prostu- ładna. Tutaj klasyczne smyczki są instrumentami przewodnimi, a sekcja metalowa dodaje jej dynamiki. Gitara ma posmak klasycznej szkoły Malmsteena, neobarokowych improwizacji, przester jest lekki. A wokal Larsa jest głęboki, charakterystyczny i dostojny.
| |
Kolejny, po Garmie, Simenie czy Lazare, świetny śpiewak w metalu z Norwegii. Do tego teksty, jak poezja śpiewana. Całość osnuwa charakterystyczny klimacik, nie słucha się tego jak metalu, nie dostrzega momentami naprawdę ostrej sekcji rytmicznej i urywanych czasem riffów. To jest klasyczna muzyka, w dodatku w wersji kameralnej, podana tylko w otoczce postmetalowej. Dlatego powstała tu zupełnie nowa jakość. I eksperymenty- one wychodzą głównie w grze klawiszowca, który, jak zresztą wyznał mi w wywiadzie, wypracował specyficzny, ale bazujący na klasycznym, styl gry. Operuje on tylko i wyłącznie brzmieniem pianina, w majestatycznym, nisko strojonym stylu. Do tego doskonałe sola gitarzysty, choćby brawurowe pędy w "Under the Stars" czy "A Moment for Reflection" lub dzikiej jazdy w "Time Without End". Do tego te smyczki, stanowiące bazę każdej melodii, czasem gitary opuszczają w ogóle scenę, zostawiając tylko sekcje rytmiczną, pianino i czasem smyki bądź akustyka. Te momenty najgłębiej wyryły się w mojej pamięci. Oczywiście wokalista także dobija do pianisty i dużo eksperymentuje. Deklamacje, czasem przeszywający krzyk, chórki i specyficzne uniesienia, jakby w ekstazie. Czasem może się zdawać, że oparte na dwóch stopach zagrywki Helhammera nie pasują do klasycznego szlifu, ale jest on tak doskonałym muzykiem, że wpasował swoje firmowe tupanie do konwencji bez bólu, pokazując klasę.
Szczególnie dwa utwory zasługują na wyróżnienie. Pierwszym jest otwierający płytę "What is Beauty". Piękne, melancholijne smyczki, galopująca perkusja, dramatyczne pianino, nietypowe zagrywki Tidemanna i Lars pięknie interpretujący najprostszy, a przez to najładniejszy tekst z płyty. Esencja Winds w pięciu niesamowitych minutach. Drugim jest "Time without End". W większości stonowany, wybucha w pewnym momencie jedyną naprawdę ostrą gitara, przejmującymi smyczkami i chóralnym, doskonałym wokalem Larsa. Cały ten utwór podszyty jest jakaś elegancką, ale poruszającą dramaturgią.
Kwestie okołomuzyczne. Okładka jest oryginalna, coś jak sztuka nowoczesna. Edycja porządna, wszystko na miejscu. Produkcja urzeka w swoim surowym minimalizmie i stonowaniu, dobrze wyrównano proporcje miedzy metalowym trzonem, a szlachetnym smutnym śpiewem instrumentów smyczkowych. Jednocześnie jest doskonale czysta. Płytę wydał label The End, w życiu nie słyszałem o nim, ale może to label samych muzyków, bo w Norwegii niemal każda kapela ma swój label (ta scena jest bardzo specyficzna, nie wspomniałem?). W Polsce dystrybuuje tą perełkę Mystic. Jest to trzeci album Winds, poprzednie chyba nie są u nas dostępne, ale 100% pewności nie mam.
Cała płyta jest doskonała. Właściwie można się tylko do jednej rzeczy przyczepić. Album kończy się ogranym patentem. "Infinity" kilka dźwięków pianina, a potem cisza już do końca. To tylko trzy minuty, ale tego patentu używa za dużo zespołów. Poza tym wszystko jest OK. Po prostu czterej muzyków o ponadprzeciętnych zdolnościach siadła i ciężką pracą stworzyła w pełni zamknięty i oryginalny muzyczny koncept i wykonała go na poziomie. Ale słowami trudno scharakteryzować magiczny urok, jaki posiada ten album. Po prostu trzeba posłuchać.
Mareck
|