Menu  październik 2003 (10)  indeks . zapowiedzi . artykuły . recenzje . muzyka w sieci . redakcja . special numeru . magazyn on-line
musicMAG /  Internetowy Magazyn Muzyczny Poprzednia stronaIndeksNastępna strona

  

Special - Wywiady




Na pewno nam nie odbije - wywiad z zespołem Hey, BRAVO, 1994
Zespół Hey przyszedł do redakcji BRAVO w słoneczne letnie popołudnie. Kaśka Nosowska (śpiew), Piotr Banach (gitara), Jacek Chrzanowski (bas), Marcin Żabiełowicz (gitara) i Robert Ligiewicz (perkusja) musieli się najpierw poddać bolesnemu zabiegowi fotografowania. Piotr, zobaczywszy na okładce jednego numerów BRAVO podobiznę Snowa, powiedział: "Ten jest w porządku". "Gdzie Snow, a gdzie Hey?" - pomyślałem. Ale zaraz potem przyszła refleksja: na tym właśnie polega rock and roll. Czas zatem rozpocząć rozmowę. Fire!

Co robiliście przed powstaniem zespołu Hey?
Jacek
: Ja wcześniej przez trzy lata grałem w zespole Kolaboranci. Potem Piotr zaproponował mi współpracę. Początkowo się nie zgodziłem, ale na Jarocinie już z nim zagrałem.
Kaśka: Przed przyjściem do Heya robiłam chórki w różnych szczecińskich zespołach. Potem spotkałam Piotra i wszystko się zaczęło.
Marcin: Zacząłem od zespołu Guitars Project, który grał muzykę instrumentalną. Od razu potem był Hey.
Robert: Granie tak naprawdę zacząłem od współpracy z Piotrem. Wcześniej próbowałem grać w różnych miejscach, ale nie ma to większego znaczenia.
Piotr: A ja im wszystkim zaproponowałem granie w Heyu. Wcześniej występowałem w wielu kapelach. Grałem m.in. w Kolaborantach, Dum Dum, grupach reggae'owych. Od dziesięciu lat szwendam się po scenie rockowej.

Jesteście samoukami, czy macie jakieś przygotowanie muzyczne?
Piotr
: W liceum zostałem zakwalifikowany do orkiestry szkolnej - ku zdumieniu moich rodziców. Grałem na puzonie. Tam zostałem wprowadzony w pojęcia muzyczne. Ale rock and rolla uczyliśmy się sami.

Dlaczego zdecydowaliście się grać muzykę zbliżoną klimatem do grunge?
Piotr
: Wynika to z moich zainteresowań, do których potrafiłem przekonać resztę zespołu. W tej chwili wypłynął cały ten nurt seattlowski, który jest powieleniem pomysłów z lat siedemdziesiątych, tyle że jest to zagrane bardziej nowocześnie. To bardzo do mnie trafiło. Gdy usłyszałem zespoły takie jak Soundgarden, Pearl Jam, wciągnęło mnie to i chciałem znaleźć się w tym nurcie. Sam wychowywałem się na muzyce Deep Purple i Hendrixa. Okazuje się, że takie rzeczy można robić także teraz i nie jest to wcale archaiczne, a wręcz nowoczesne. Do takiej muzyki potrzebny był taki głos, jak Kasi. To był strzał w dziesiątkę.

Jakiej muzyki słuchają pozostali członkowie Heya?
Robert
: Kapela, która wzięła mnie ostatnio to Rage Against The Machine. Poza tym Pantera, Helmet. Zespoły, które kręciły mnie wcześniej to Led Zeppelin, Black Sabbath, Deep Purple, Uriah Heep.
Marcin: U mnie w domu słuchało się bardzo dużo muzyki. Ojciec kochał Hendrixa i Led Zeppelin. Na tym się wychowałem. Teraz słucham bardziej nowoczesnej muzyki, takiej jak Jane's Addiction, Living Colour. Nie stronię również od innych gatunków.
Kaśka: Nie wiem nic na temat zespołów, które moi koledzy wymienili na samym początku. Nie wychowywałam się na takich rzeczach. Nigdy ich nie słuchałam, dopiero teraz próbuję dowiedzieć się, o co tam właściwie chodziło. Dlatego mam inny stosunek do muzyki, która narodziła się w Seattle. Jest to dla mnie coś kompletnie nowego, chociaż wiem, że ma to swoje korzenie w latach siedemdziesiątych. Kompletnie nie podoba mi się sposób, w jaki się grało kiedyś. Może to kwestia brzmienia.

Czy to znaczy, że wcześniej nie słuchałaś muzyki?
Kaśka
: Jasne, że słuchałam, ale zaczęłam stosunkowo niedawno. Nie miałam po prostu takich możliwości. Jedynym starociem jakiego słuchałam była Janis Joplin, ponieważ mój ojciec straszliwie ją kochał. A poza tym słuchał muzyki kompletnie nie ambitnej. Gdybym się na tym uczyła, to pewno bym dzisiaj śpiewała w innym zespole, o ile w ogóle bym śpiewała. Pewnie bym wolała potańczyć. Z rzeczy współczesnych moją ostatnią miłością jest Rage Against The Machine. Oprócz tego lubię Panterę, Helmet, no i oczywiście podpisuje się pod wszystkim, co dzieje się w Seattle, z tym że w tej chwili najbardziej podoba mi się Alice In Chains.
Jacek: Moją największą fascynacją, w momencie gdy zacząłem grać na instrumencie, był zespół Ruch. Potem przyszła kolej na hardcore, czyli Fugazi i tym podobne. Potem, pod wpływem kolegów, zacząłem słuchać Seattle.

Czy nie jest z wami tak, że po prostu wyczuliście modę na Seattle i chcecie się na nią załapać?
Piotr
: Kiedyś, gdy pracowałem w sklepie muzycznym, sprowadziłem tam kasetę Soungarden. Nikt wtedy nie wiedział, czym to się je. A było to zaledwie półtora roku temu. Również, gdy po raz pierwszy zobaczyłem wideoklip zespołu Pearl Jam, nikt tego nie znał. Wtedy właśnie powstał zespół Hey. Wówczas trudno było nazwać to modą. Poza tym nie jest to sprawa naśladownictwa, tylko wspólnych korzeni. Chodzi tu o muzykę hard-rockową, riffową. Myślę, że gdyby nie Seattle, gralibyśmy bardzo podobnie. Tyle tylko, że być może nie odnieślibyśmy takiego sukcesu.

Sukces jednak odnieśliście i to w bardzo krótkim czasie. Macie za sobą zwycięstwa na kilku festiwalach i przeglądach. Jak znosicie to powodzenie? Nie jest wam za ciężko?
Piotr
: Na to pytanie powinien odpowiedzieć Marcin, ponieważ on nie przeszedł całej tej drogi, jaką my przeszliśmy. Dla nas to wszystko trwało nieco dłużej.
Marcin: Ja nie mam żadnego odnośnika. Jest to dla mnie całkiem normalne. Oczywiście zdaję sobie z tego sprawę, że sto tysięcy zespołów dochodzi do tego przez dwadzieścia pięć lat.

Nie uderzyła wam woda sodowa?
Jacek
: Do kubeczka! (śmieje się popijając wodę sodową).
Marcin: Jeśli do tej pory nam nie odbiło, to już nam nie odbije.
Piotr: Fakt, że odbyło się to trochę za szybko. Zespół dopiero teraz nabiera tożsamości artystycznej, wszystko się dociera. Ta szybko rozwijająca się kariera nie pozwala nam nabrać dystansu do własnej muzyki. Dopiero teraz grając koncerty, zaczyna my dojrzewać i rozumieć, co chcemy dalej robić. Myślę, że druga płyta, która powinna się ukazać wiosną przyszłego roku, będzie dużo dojrzalsza, a przez to o wiele lepsza.

Centralną postacią zespołu, przynajmniej na scenie, jest Kasia. Czy masz swoje wzorce wśród artystek?
Kaśka
: Nie staram się nikogo naśladować. Jakiś czas temu dowiedziałam się, że mam głos podobny do kobiety, która śpiewa w L7. Specjalnie więc kupiłam sobie kasetę tej grupy. Nie śpiewam tak samo jak ona. Ona śpiewa rewelacyjnie, ma w głosie coś tak niesamowitego, czego ja na przykład nie mam, ale rzeczywiście jest to ta sama szuflada - kobiety, które się wydzierają, bo śpiewem tego nazwać nie można. Może kiedyś się wyrobię i zacznę śpiewać. Tylko po co, skoro to co robię jest OK. Bardzo podoba mi się głos Janis Joplin, z tym że akurat jej nie da się naśladować. Nikt nigdy tego nie zrobi.

Jesteś także autorką tekstów Heya. Czy wszystkich?
Kaśka
: Nie. Najlepszy tekst na płycie jest Edwarda Stachury (śmiech)[piosenka Zobaczysz - przyp oo]

Ponieważ jednak śpiewasz głównie po angielsku i nie każdy to rozumie, powiedz o czym właściwie śpiewasz?
Kaśka
: Chciałam użyć brzydkiego słowa i powiedzieć, że śpiewam o pierdołach, czyli o niczym, niczym ważnym.

Nie przykładasz dużej wagi do pisania tekstów?
Kaśka
: Nie o to chodzi. Mogłabym spędzać nad papierami każdą wolną od śpiewania chwilę, ale uważam, że jest to bez sensu. Nie da się z niczego zrobić czegoś. Nie jestem poetką. Gdybym była, to pewnie wydawałabym teraz tomiki wierszy, a ja jestem piosenkarką i chcę śpiewać. Chcę, żeby do ludzi docierał mój głos. Poza tym nie znalazłam do tej pory jakiegoś dobrego tekściarza. Ponieważ nie mam ludziom nic do przekazania - każdy w końcu ma swój rozum i dochodzi do swoich prawd - i nie uważam się za Mesjasza, dlatego piszę o zwykłych sprawach, bardzo osobistych.

A dlaczego po angielsku?
Kaśka
: W momencie, kiedy przystąpiliśmy do nagrywania płyty, byłam przekonana, że nie umiem śpiewać po polsku. Nie dlatego, że wstydzę się, czy uważam ten język za brzydki. Wydawało mi się, że w moim wykonaniu brzmi ohydnie i śmiesznie. Śpiewając po polsku, nie potrafiłam w swoim głosie zawrzeć emocji. Później okazało się, że nie jest tak źle. Teraz jest mi wszystko jedno, w jakim języku śpiewam. Jeśli na następnej płycie nie będzie przewagi polskich tekstów to tylko dlatego, że nie piszę zbyt dobrze i nie jestem z nich dumna.

Jakie są konsekwencje sukcesów, które odnieśliście w ciągu ostatniego roku?
Piotr
: Każdy z odniesionych sukcesów niósł ze sobą pewne korzyści, niekoniecznie materialne. Na przykład nagroda dziennikarzy w Jarocinie była bardzo prestiżowa. Zaowocowało to tym, że zostaliśmy wytropieni przez Kasię Kanclerz, która zrobiła nam całą promocję. Z kolei wygranie eliminacji Les Printemps de Bourges zaowocowało kolejnymi propozycjami m.in. wyjazdem do Szwajcarii, wyjazdem z innymi młodymi zespołami europejskimi w trasę koncertową po kontynencie. Tourne ma obejmować Portugalię, Hiszpanię, Włochy, Francję i Belgię. To, że nasza płyta sprzedaje się bardzo dobrze, że na naszych koncertach są komplety, pozwala realizować nam nasze marzenia. Kupujemy nowe instrumenty, nowe wzmacniacze, Kasia nowe buty...

Czy staliście się bogatymi ludźmi?
Piotr
: Bogatymi może nie, ale na pewno nie możemy narzekać. Jak na nasze potrzeby jest zupełnie przyzwoicie.

Czy myślicie już o następnej płycie?
Piotr
: Bardzo intensywnie. Chcielibyśmy przystąpić do jej nagrania jak najszybciej. Na razie mamy cztery nowe piosenki. Myślę, że będzie lepiej. Nie będzie tu rzeczy wyrachowanych, wymyślonych. Na tym właśnie polega rock and roll.





Jestem stara, mam 25 lat - wywiad z Katarzyną Nosowską, MACHINA, 1996
Zaczęła pracę nad nim [nad albumem Puk.puk - przyp. oo] wiosną, jeszcze przed urodzeniem Mikołaja, zakończyła już jako matka. Podobnie jak w Heyu, jej głównym partnerem artystycznym w tym przedsięwzięciu jest Piotr Banach.

Kto oprócz Piotra Banacha uczestniczył w tym przedsięwzięciu?
Marcin Macuk - były basista The Days; Andrzej Smolik - grał w Wilkach, a teraz udziela się w tysiącu różnych zespołów, najczęściej na instrumentach klawiszowych, człowiek-orkiestra, bo potrafi zagrać lepiej lub gorzej praktycznie na wszystkim; gitarzysta Michał Grymuza (przez moment) i realizator dźwięku Leszek Kamiński, który wszystko kontrolował, oczywiście razem z Piotrkiem Banachem, który jest producentem albumu. Piosenek jest trzynaście, dwie skomponował Marcin, trzy Andrzej, a resztę Piotrek.

Jak powstawała płyta? Ty przecież nie komponujesz. Czy kompozytorom sugerowałaś pewne klimaty, czy też oni przynosili ci utwory, które akceptowałaś?
Nie potrafię dobrze opowiadać o muzyce. Nie znam fachowych sformułowań i musiałam posilić się płytami, których słuchałam. Najpierw do pracy zabrał się Piotrek. Myślę, że jesteśmy skazani na pracę ze sobą do końca życia. Później Piotrek przekonał mnie do pomysłów Małego (Marcina), potem okazało się, że Andrzej też ma jakieś pomysły... Utwory Piotrka są najbardziej 'technologiczne', Smolika bardziej 'kwasowe', a Małego brzmią tak, jakby typowo gitarowe kawałki przerobić na sztuczno-gitarowe.

Jak Piotrek przyjmował twoje pomysły?
On całkowicie oszalał na punkcie komputerów. Nabył mnóstwo przedziwnego sprzętu i zaczął się nim bawić. Puszczał mi swoje nowe kawałki. Podobały mi się, chciałam je nagrać z Heyem, ale on uznał, że nie pasują do naszej grupy. Kiedy wpadłam na pomysł nagrywania własnej płyty, to od razu pomyślałam o 'komputerowych' piosenkach Piotrka.

Jakie płyty zmieniły twoją muzyczną świadomość?
Na pewno Björk, którą usłyszałam jeszcze w zespole Sugarcubes. Pamiętam zwłaszcza pierwszą płytę Sugarcubes, która była totalna. Zawsze chciałam ją kupić. Ale kupiłam inną i okazało się, że zawiera nowe miksy starych utworów. Zupełnie inne, "chemiczne" wersje. Później dopiero odkryłam Portishead i Tricky'ego.

Kiedy zrodził się pomysł wydania solowej płyty?
Już dawno, ale wcześniej nie było to możliwe. Jestem podobno osobą charakterystyczną i mogłoby to zostać źle odebrane przez fanów Heya. Gdybym jako Kaśka Nosowska zrobiła coś na boku, doszukiwaliby się w tym zdrady.
Dla mnie Hey grał wtedy za mało ostro, chciałam nagrać bardzo ciężką płytę, w stylu zespołu Helmet. Teraz jest już u nas dużo wykonawców grających podobnie, ale wtedy okazało się, że Hey to zespół, który takich rzeczy nie gra. Zresztą nie chodziło mi chyba o solową płytę, myślałam o tym, żeby założyć drugi zespół, spotkać się z innymi ludźmi, pograć dla przyjemności, może potem jakoś to zarejestrować.
Z czasem zaczęłam słuchać innej muzyki niż ta, którą grał zespół. Hey nie mógłby nagrać muzyki komputerowej, bo co miałby do roboty Bubek, nasz perkusista? Strasznie zapragnęłam zrobić coś takiego. Kiedy okazało się, że będę miała dziecko, w PolyGramie (koncern płytowy, dla którego nagrywa Hey - G.B.) pozwolono mi w drodze wyjątku wydać solową płytę. Dziecko było wystarczającym powodem, żeby zawiesić działalność Heya.

Czy czułaś również potrzebę śpiewania innego niż w Heyu?
Tak. Nie wiem, czy to wynika z tego, że się starzeję, ale coraz bardziej podobają mi się rzeczy smutne. Smutne, wolne, melancholijno-refleksyjne. Wiele osób wymaga ode mnie, żebym się w Heyu darła. Lubię się drzeć, ale nie w każdej piosence wypada. Kiedy próbowałam zaśpiewać inaczej, wszyscy mówili mi, że ja jestem od darcia, bo kiedy się nie drę, mam beznadziejny głos. Na mojej solowej płycie to przestało być istotne. Nikt nie naciska, że musi się spodobać i sprzedać. Mogę śpiewać tak jak chcę. A że niektórzy mówią, że śpiewam cienko jak cipka - to nie ma dla mnie znaczenia. Na tej płycie nie muszę być Kasią Nosowską z Heya, mogę być jakąkolwiek Kasią Nosowską i albo to się komuś spodoba, albo nie.

Czy twoje nowe teksty przystają do tego, co pisałaś z myślą o Heyu?
Oszukuję sama siebie. Wiem, że o niektórych rzeczach w Heyu nie powinnam śpiewać. Nas słuchają bardzo młodzi ludzie, czasem dzieci. Z drugiej strony nie jestem już Kasią, która ma 19 czy 20 lat, jestem stara, mam 25 lat. Czuję, że jestem bardziej kobietą niż dziewczyną. Nadal lubię chodzić w parce, ale nie jestem już taka 'parkowa' w środku. I jednocześnie mam świadomość, że pierwsze pobiegną kupić moją solową płytę właśnie dzieciaki.

Czy były jakieś tematy, których świadomie nie poruszałaś w Heyu?
Należę do hipochondryków. Uwielbiam czytać medyczne książki i zawsze podczas takiej lektury znajduję u siebie objawy wszystkich możliwych chorób. Chciałam kiedyś o tym napisać i dowiedziałam się, że to okropne, że nie należy o tym pisać. Nie mogłam też napisać o samobójstwie, choć otrzymuję na ten temat masę listów, ludzie piszą mi, że co drugi dzień popełniają samobójstwo w głowie. Ktoś mógłby mnie zupełnie opacznie odczytać. Niedawno dowiedziałam się, że zdaniem młodzieży z Rzeszowa, tekst piosenki Anioł zachęca do brania narkotyków. Oszalałam, jak się dowiedziałam, że można tak zinterpretować ten utwór. Może być tysiąc sposobów, ale taki?! Okazuje się, że zdanie "jedyny podmiot zdarzeń" kojarzy się z konkretnym narkotykiem. Zwariowałam.

Twoje nowe teksty można uznać momentami za dość anatomiczne.
Panowie z PolyGramu byli lekko zniesmaczeni, kiedy usłyszeli w piosence Zmieniam się, że tam jest o rozstępach, fuj. Twierdzili, że nie ma piosenki na singel, bo w każdej jest jakiś ohydny wyraz, albo obrzydliwe zdanie. No tak, niektóre kobiety w ciąży mają to szczęście, że nie mają rozstępów, ale cała masa ma. To jest jedna z głównych atrakcji ciąży. Należę do kobiet, którym się ciąża całkiem podobała, mimo wszystkich wymiotów i innych niedogodności. Po raz pierwszy mogłam jeść ile chciałam, dlatego dziecko urodziło się takie wielkie.

A jak odbierałaś ciążę psychicznie? Poznawałaś siebie na nowo?
Taaak, polubiłam swoje ciało. Byłam jedną z tych bab, które się non stop odchudzają i nic im z tego nie wychodzi. Na imprezach nie wychodziłam do ubikacji, bo bałam się, że jak wstanę, to wszyscy będą się gapić na mój gruby tyłek. Teraz to była siła wyższa, brzuch robił się większy i większy. Akceptuję to, że nie jestem modelką.

W twoich nowych piosenkach pojawił się mężczyzna.
Tak. Są teksty skierowane do konkretnej osoby, do mojego pana Adama. Opisy rzeczy, które dzieją się między nami. Jest tekst o tym, że jego ojczyzną staje się moje łono. Jest też tekst o Zofii, kobiecie żyjącej od 25 lat z mężczyzną. Maluje się, stroi dla niego, a on jej nie zauważa. Jest tak zdesperowana, że wiedząc, iż jej mężczyzna uwielbia słodycze, od stóp do głów smaruje się słodkościami, i taka kładzie się licząc, że on ją weźmie przez wzgląd na słodycze. A tu nic. Wreszcie daje mu do zrozumienia, że jeśli zobaczy kobietę wiszącą w łazience, to będzie ona, Zofia, od 25 lat jego żona. Tak się zdarza. Moi rodzice są akurat wyjątkiem, cały czas potrafią oddziaływać na siebie w sposób, który ich rusza.

Dlaczego piszesz takie teksty?
Bo się zastanawiam, jak będzie wyglądała przyszłość mojego związku. Może dojść do jego rozpadu nawet za trzy lata. Pomysły na fascynowanie się nawzajem wyczerpiemy i co wtedy? Jestem stara, więc zastanawiam się i nad takimi sprawami.

Ale mamy również teksty, w których chcesz swemu panu dodawać otuchy.
Tak, bo póki co jest dobrze, no ale w innych pojawiają się niepokoje i lęki o przyszłość. Jest tekst o ofiarach przedwcześnie odciętej pępowiny przy porodzie. Dopiero od niedawna pępowinę odcina się z opóźnieniem. W moich czasach odcinano ją natychmiast po tym, jak dziecko przychodziło na świat, biło się je po tyłku, barbarzyńskie metody. Na płycie są więc nie tylko teksty o mojej sytuacji osobistej, lecz również jakieś tam szersze spostrzeżenia.

Czasem to ty robisz wrażenie osoby z przedwcześnie odciętą pępowiną.
Odcięto mi pępowinę za wcześnie i mam problemy z przystosowaniem się. To jest w mojej podświadomości, nie dam rady z tym walczyć.

Czy czasami czujesz nienawiść do samej siebie?
Tak, poruszam się pomiędzy stanami totalnego zadufania w sobie i nienawiści do siebie. Jakaś schizofrenia.

Wiele razy podkreślałaś, że jednym z twoich problemów był brak miłości w dzieciństwie. Teraz jesteś w odwrotnej sytuacji, masz dwie osoby, którym musisz tę miłość przekazać.
Teraz rozumiem, że mój ojciec miał problemy z okazywaniem mi czułości, z tych samych powodów, z których ja je mam dziś. Czasami wydaje mi się, że głupio zachowuję się wobec mojego syna. Że koślawo wychodzi mi przytulanie. Jakbym nie wiedziała jak to naprawdę robić, choć staram się na maksa. Z drugiej strony, nie chcę stać się matką nadopiekuńczą. Już teraz strasznie się boję o Mikołaja. Patrzę jak leży w łóżeczku, cieszę się, że jest taki duży, zdrowy i fajny, ale co to będzie, jeśli kiedyś wydarzy się coś strasznego.

Czy jako młoda matka masz potrzebę kontaktowania się z innymi młodymi matkami?
Tak. Rodzi się bardzo dużo dzieci, przynajmniej w moim otoczeniu. Mnóstwo kobiet jest w ciąży, tak jakby się ode mnie zaraziły. No i synkowie się rodzą, mnóstwo chłopców. Piotrek Banach mówi, że to znak, że będzie wojna. Mam nadzieję, że się myli, ja bym tego nie przeżyła.

Jak doszło do współpracy z twórcami filmu Gry Uliczne?
Piotrek Banach dostał propozycję napisania piosenki. Najpierw musieliśmy zobaczyć film i sprawdzić, czy nie jest obciachowy. Okazał się inny niż wszystkie, które widziałam do tej pory, te "młodowilkowe".
Myślałam, że Piotrek napisze muzę, ktoś tekst i ja tylko to zaśpiewam. A reżyser Krzysztof Krauze powiedział, żebym napisała tekst. Nie potrafię pisać tekstów na zadany temat. O czym mogłabym napisać, o Pyjasie? Ja go nie znałam. To Krauze powiedział, że mogę napisać cokolwiek, będzie pasowało albo nie. Zostawił mi taką furtkę i okazało się, że wyszedł tekst całkiem pasujący do filmu.

Czy będą koncerty z twoim solowym programem?
Bardzo bym chciała, choć jeszcze nie teraz. I nie trasa, tylko, żeby ktoś zadzwonił, że chce zrobić koncert, jeden. Jak będzie potrzeba. Jak nie będzie potrzeby, to pewnie ja zorganizuję potrzebę.

A co teraz z Heyem?
Miałam przez moment stres: chłopcy będą na mnie źli, że jestem w ciąży i Hey przeze mnie będzie siedział w domu na pupie. Ale nawet gdybym nie była w ciąży, przerwa musiała być. Nie można nagrywać 16 płyt w ciągu roku, jedną nagraliśmy całkiem niedawno, trasę zagraliśmy, a po takiej trasie - 31 koncertów - zapotrzebowanie na Heya zostało zaspokojone. Teraz we wrześniu zaczniemy znów koncerty z Heyem.

Kim jest twój mąż Adam, o którym tu często mówimy?
Chciałabym sprostować: nie ma 19 lat. W 50 miliardach gazet przeczytałam, że ma 19 i poczułam się jak franca demoralizująca nieletniego, jaki on biedny, bo stary demon go dopadł i stłamsił... Nie - Adam ma 21 lat, jest pełnoletni. Ja jestem od niego cztery lata starsza, ale moja babcia była od dziadka starsza siedem lat i mnóstwo jest takich związków. Adam jest warszawiakiem, perkusistą, potwornie samokrytycznym. Dzień w dzień gra i jest na etapie przygotowywania się do wypłynięcia na szersze wody. Nie wiem kiedy to nastąpi. Jeszcze nie ma zespołu, ale będzie miał. Ludzie, którzy znają się na muzyce, mówią, że jest bardzo utalentowany. Nie pracuje już w firmie fonograficznej - ubłagałam go, żeby przestał. Przez pewien czas będzie u nas inny model rodziny. Ja zarabiam pieniądze, a on pracuje nad sobą. Nie chcę, aby szedł do byle jakiej pracy. Wiem ile to znaczy robić to, co się lubi. Siedzimy w domu i jesteśmy obibokami.





Pomarańcze w tornistrze - wywiad z Katarzyną Nosowską, WYSOKIE OBCASY, kwiecień 2002
Kim chciałaś być?
Pamiętam, jak stawiałam sobie to pytanie po maturze. Przyszłość jawiła mi się jak czarna dziura. A wiedziałam, że coś muszę zrobić z życiem. Lubiłam w szkole język polski, ale jak pomyślałam, że będe musiała na studiach uczyć się staro-cerkiewno-słowiańskiego, to mi odeszła ochota na polonistykę. Wtedy koleżanka z podstawówki, Agata Kulesza (teraz jest aktorką, grała w Człowieku z... Bajona), namówiła mnie, żeby zdawać do Szkoły Teatralnej w Warszawie. To miało jeszcze ten plus, że trzeba było wyjechać z domu, a ja wiedziałam, że nie wyrobię dłużej z rodzicami na tych 48 metrach, że się zjemy.
Nie miałam prawa się dostać. W pociągu wykułam wiersz Norwida na pierwszy etap. Po łebkach przeleciałam kawałek prozy Hłaski, to miało byc na drugi etap, jeśli przejdę pierwszy.
Weszłam cała spięta, reflektor w oczy, za tym światłem komisja. Powiedziałam wiersz i ktoś mówi: To proszę, niech pani powie jeszcze Hłaskę. A mnie się w głowie kotłuje: Jaki Hłasko?! Powiedzieli, że ma być jeden tekst, ja za dwa dni będę umiała Hłaskę. Wtedy jakiejś pani zrobiło się mnie żal: Tam stoi karafka z wodą, może się pani napije. Sięgnęłam po karafkę i... strąciłam szklankę. W tej komisji siedzą znani ludzie, to jest Warszawa, a ja ze Szczecina, nie dość, że tekstu nie umiem, to jeszcze ta szklanka.
Powiedziałam przepraszam i wyszłam z poczuciem straszliwej porażki i obciachu. Wróciłam do domu.

Od dziecka żyłaś muzyką?
Nie, dość późno zaczęłam słuchać muzyki. Moi rodzice często zapraszali gości, ale bawili się przy kiepskich zachodnich składankach. Na kilkadziesiąt zachodnich płyt na półce mojego ojca tylko kilka było świetnych - kolekcja Beatlesów, album Franka Zappy, płyta Blondie. Tego nieśmiało słuchałam pod koniec podstawówki i dlatego na nowej płycie nagraliśmy jeden numer Blondie [piosenka Hanging on the telephone na płycie sic! - przyp. oo]

Kiedy zaczęłaś śpiewać
Jeszcze w szkole, w chóze Politechniki Szczecińskiej. A później w różnych zespołach. Graliśmy za darmo, nocowaliśmy na dworcach i mnie się to podobało. Pierwszy był zespół Włochaty Odkurzacz. Oni potem skrócili to na Włochaty (do niedawna byli kultowych zespołem dla punkowej subkultury).
Pojechałam na Ochotniczy Hufiec Pracy do NRD zrywać jabłka i spotkałam ich gitarzystę. Ja wtedy dziwne miałam tylko buty, a on cały był niesamowity, włosy postawione, totalnie blaze. Zakochałam się.
Zaprosił mnie na próbę. Nie miałam pojęcia, jaka siła mnie popchnęła, bo strasznie się wstydziłam wszystkiego i wszystkich. Ale coś zaśpiewałam "po norwesku" (wymyśloną angielszczyzną). Zrobiliśmy dwa nowe utwory, nagraliśmy na kasprzaka i byłam zaskoczona, że to tak zagranicznie zabrzmiało. Potem w Pinokiu był koncert Włochatego Odkurzacza. Poszłam tam jako widz, ale oni mnie zobaczyli w tłumie i poprosili, żebym weszła na scenę i zaśpiewała te dwa utwory z próby. Podeszłam do mikrofonu z torbą na ramieniu i zaśpiewałam.

Z torebką weszłaś na scenę?
To niezupełnie była taka torebka, jaka kobiety noszą - raczej chlebak, wór. I tak jak stałam zaśpiewałam, ukłoniłam się i zeszłam. Byłam przerażona. Na przystanku podszedł do mnie chłopak i pyta, czy to ja śpiewałam. Nieśmiało przytaknęłam. A on powiedział, że było zajebiście. Rozumiesz: zajebiście. Wracałam do domu odmieniona, czułam się jak Patti Smith.

Pochwaliłaś się rodzicom?
Tak. Mama się bała, że tam gdzie śpiewam, muszą się dziać straszne rzeczy. A my nie robiliśmy nic złego - nie było browarów ani jointów, tylko radość tworzenia hałaśliwej muzyki. Nosiłąm wtedy znaczek anarchii, nie jadłam mięsa, chodziłam na czarno i w glanach "rumunach" nr 42. Były za duże, ale wtedy brało się z fabryki, co jest. Zrobiłam się punkówką. Rodzic się zgodzili na to całe śpiewanie, bylebym nie zawaliła szkoły i nie wracała zbyt późno.

Nie byli dumni?
Wtedy jeszcze nie. Potem w zespole Kafel graliśmy w trzy osoby agresywną muzykę elektroniczną - oprócz mnie Lenin, któy zawsze chodził w swetrach jakby po dziadku (widziałam go niedawno, ma dziecko, jest zwykłym panem), i jeszcze jeden koleś, mózg tej całej operacji. Wystąpiliśmy na przeglądzie w Domu Kultury "Korab". To było dwie ulice od mojego bloku i mama przyszła chyba z ciotką. Zagraliśmy i moja mama wymiękła. Dla niej to było niepojęte: przecież to dziecko nigdy w domu nie śpiewało. A tu ludzie brawo bili. Bardzo była dumna.
Kafel pojechał potem na imprezę Owsiaka Letnia Zadyma w Środku Zimy do Warszawy. Graliśmy bardzo późno w nocy, strasznie długo czekaliśmy, było zimno, nie mieliśmy kasy. Ale i tak byliśmy dumni, że gramy w Warszawie. Wyszliśmy na scenę, a ja nie słyszę muzyki. Mówię to człowiekowi, który nagłaśnia, a on nic. Zagraliśmy jedną piosenkę, i znów to samo. Miałam poczucie, że on nas olewa, bo jesteśmy z jakiegoś Szczecina. Więc za trzecim razem, jak on nas znów olał, powiedziałam do mikrofonu, że mam w dupie Warszawę i idę stąd. Zostawiłam chłopaków na scenie w połowie którejś piosenki. Sama wróciłam do Szczecina. W domu mnie uczyli, że ludzie powinni się kierować dobrą wolą. A ten akustyk z Torwaru nie wykazał wtedy za grosz dobrej woli.

Rzuciłaś zespół po tym koncercie?
Nie, pojechaliśmy jeszcze do Jarocina. W 1989 roku. Graliśmy w srtugach deszczu, miałam bardzo szeroką tiulową spódnicę... a wygrał Closterkeller. Byliśmy przekonani, że jesteśmy od nich sto razy lepsi, ale oni wygrali, bo są z Warszawy. Tak jak mówiły wszystkie kapele spoza Warszawy - że warszawiacy mają plecy. Potem nie chciało mi się już chodzić na próby Kafla.

Dlaczego?
Z lenistwa - nie przyszłam raz, drugi, a potem było mi już tak głupio, że wolałam odejść. Ale po Szczecinie już się rozniosło, że jest dziewczyna, któa śpiewa. Wtedy dziewczyny nie śpiewały. Może się wstydziły, a może nie pojechały nigdy na OHP i nie spotkały punkowego gitarzysty.
Robiłam wtedy chórki. Nie tylko miejscowym zespołom, ale np. nieznanej wtedy nikomu Pidżamie Porno z Poznania, która przyjechała nagrać demo w Akademickim Radiu "Pomorze".
Wreszcie któregoś Piotrek Banach zapytał, czy nie pośpiewałabym w jego zespole. Tak się zaczął heavy-metalowy Dum Dum. Nagraliśmy całkiem przyzwoitą kasetę demo. Po czym przestałąm przychodzić na próby i sama się wyrzuciłam z Dum Dum. Banach się na mnie obraził na długo, nawet mi cześć nie mówił.

Ale Wasze drogi znów się skrzyżowały i założyliście Hey - kapelę, która w latach dziewięćdziesiątych zrewolucjonizowała scenę rockową w Polsce.
Na początku 1992 roku banach zadzwonił, że zakłada nowy zespół i ma przeczucie, że wszystko się odmieni. Po prostu emanował wiarą, a tego mi brakowało. Pojechaliśmy na przegląd do Kielc, dostaliśmy nagrodę. A potem wysłaliśmy kasetę do Jarocina.
Jak wróciłam z egzaminów do szkoły teatralnej, rodzice zastosowali zimny wychów i zapowiedzieli, że nie dostanę już na nic pieniędzy. Wtedy też było trudno o pracę. Koleżanka mamy załatwiła mi miejsce w firmie telekomunikacyjnej. Polegało to na wprowadzaniu danych do starego komputera typu Odra. Kompletnie odmóżdżające zajęcie. Zła byłam, że życia mnie dopadło, gdy czułam się jeszcze taka młoda. Mało zarabiałam, starczało na papierosy, bilet miesięczny, jakieś zapiekanki. Myślałam, że jeżeli moje życie ma tak wyglądać, to nie chcę żyć.

No ale pojechaliscie do Jarocina i Twoje życie się odmieniło.
To nie było takie proste. Poprosiłam kierowniczkę, żeby mnie puściła na dwa dni na festiwal. Ale dla niej to były wygłupy. Powiedziała, że musze mieć świadomość, jak trudno jest o pracę, i że nie ma o czym dyskutować.
Wtedy postawiłam wszystko na jedną kartę. Pojechałam do Jarocina w tajemnicy przed mamą, bo jakby się dowiedział, że na jednej szali jest wyproszona, wypłakana u koleżanki praca, a na drugiej "takie wygłupy, to by była awantura.

Wygrywacie Jarocin i zaczyna się kariera zespołu Hey. Pewnie było tak: siedzicie za kulisami, podchodzi do Was łowca talentów Katarzyna Kanclerz...
... i pyta, czy chcemy nagrac płytę. Właśnie tak było. Pewnie, że każdy z nas chciał nagrać płytę. Nie jakieś demo, tylko prawdziwą płytę, którą się stawia w sklepie na półce. Pomyślałam, że ciocia pracuje w księgarni muzycznej i jak wyjdzie moja płyta, to ich wszystkich przekona. Bo mój ojciec mówił, że w tym kraju trzeba albo się puszczać, albo miec pieniądze, albo znajomości. Ja znajomości, ani pieniędzy nie miałam, więc według tej teorii zostało mi puszczanie się. Szukałam czwartego wyjścia - i ono do mnie samo przyszło wtedy w Jarocinie.

Mieliście komplet piosenek?
Skąd, mieliśmy trzy piosenki. Kasia Kanclerz była przekonana, że mamy cały materiał. Jak się okazało, że nie, zaprosiła nas do swojego domu w Izabelinie pod Warszawą. Cały zespół spał na dwóch złączonych materacach. W dzień Banach zamykał się w ubikacji z gitarą, potem ja mu coś do tego mruczałam, a on mówił, czy dobrze, czy nie. W miesiąc zrobiliśmy całą płytę. Trzy dni po premierze mieliśmy koncert w Stodole. Kasia Kanclerz panikowała, bo jeszcze dzień przed koncertem sprzedało się tylko osiemdziesiąt biletów. Przychodzimy, a tu nagle tłum. Pewnie kupili płytę. A ja kompletnie nie wiedziałam, czy oni wszyscy zwariowali, że tak krzyczą i piszczą? Co ja mam o nich myśleć, skoro ja siebie nie lubię, a okazuje się, że oni mnie lubią? Ja siebie przecież lepiej znam.

Zostałaś gwiazdą.
Trochę tak i trochę nie. Przez tę dziką promocję Hey, te balony wypuszczane na koncertach, staliśmy się zespołem wręcz popowym. Ale nie dlatego, że graliśmy popową muzykę, tylko dlatego, że byliśmy skrajnie popularni. Wiele osób zaczęło nas traktować, jak wieśniaków, którzy przyjechali ze Szczecina i grają infantylną muzyczkę. Miałam żal, że tak nami pokierowano, bo nie byliśmy znikąd, mieliśmy korzenie głęboko wrośnięte w podziemie muzyczne. Dużo przeszliśmy jako ludzie bawiący się w dźwięi.
Myślę też, że gdybyśmy wtedy nagle zaczęli dużo zarabiać, to by nam źle zrobiło. Ale Pan Bóg chronił nas, żeby nam nie odbiło. Płyta sprzedawała się rewelacyjnie, ale my dostawaliśmy stałą pensję, cztery stare miliony miesięcznie (coś koło średniej krajowej). Mama pytała mnie, dlaczego ja biorę od niej na bilet do Warszawy. Wszyscy myśleli, że jestem chytruska.
Taki kontrakt nam podsunęli do podpisania. A my byliśmy piątką dwudziestolatków ze Szczecina. Zresztą ja do dzisiaj nie potrafię czytać paragrafów. Tylko że dziś już wiem, że w interesach nie można sprawiać wrażenia, że jest się kumplami. A my przecież mieszkaliśmy u Kaśki. Zabrała nas do chińskiej restauracji. Nam to imponowało. Krewetki pierwszy raz u niej jadłam. Dobre były.

Jak Twoi przyjaciele przyjęli Twój sukces?
Przez całe dzieciństwo miałam kłopoty z przyjaźniami, w ogóle z akceptacją grupy. I nagle wystarczyło parę razy pokazać się w telewizji, żeby wszyscy, którzy przez całe lata nie chcieli mnie zauważyć, zaczęli wydzwaniać, zapraszać. Dziś poprzestaję na koleżeństwie. W szkole chciałam mieć przyjaciółkę, z którą mogłabym się wymieniać na gumki chińskie. Ale nie miałam. Mój tata pływał na zagranicznych statkach. I kiedy wszyscy chodzili po dary do kościoła - po ten pomarańczowy amerykański ser - to ja miałam pomarańcze. To był wtedy rarytas. Te pomarańcze kisiły się w tornistrze. Było mi głupio, bo ja miałam buty zagraniczne, a oni nosili relaksy. Marzyłam o relaksach.
Może dlatego byłam takim odludkiem. Do tego, że mam Barbie, przyznałam się dopiero, kiedy koleżanka, która miała babcię w RFN-ie dostała swoją Barbie. Było nas dwie, więc był mniejszy wstyd.
Po sukcesie płyty rodzina zapatrzyła się we mnie. A całymi latami narzekali: Ach, ta Kasia, ubrać się nie potrafi, w ogóle jakaś niewydarzona. Tylko moja matka chrzestna i chrzestna mojego synka już wcześniej mówiła: Kasia musi być artystką, bo inaczej zwariuje.

Zwariowałabyś w normalnej pracy?
Musiałabym gdzieś odreagować. Dla mnie to jest zabójcze - praca, małżeństwo, dzieci...

Przecież masz dziecko.
I to mnie zmieniło. Dało mi odwagę, żeby nagrac swoje rzeczy. Oddzielić się na moment od Hey, posmakować innego rodzaju dźwięków.

Ciąża była zaplanowana?
Nie, zupełny przypadek. Mam wiele koleżanek, którym organizm podpowiada, że chcą mieć dziecko, ale rozum mówi: nie. Bo za mało pieniędzy, nie wiadomo, czy facet będzie przez całą wieczność trwał u boku. Albo że sytuacja na świecie jest niepewna. Zawsze znajdzie się jakieś istotne przeciw. Ja wierzę, że to dziecko wybiera sobie moment i matkę - kiedy ma przyjść na świat i u kogo w domu.
Z tatą Mikołajka zatoczyliśmy koło. Zaczęliśmy od przyjaźni, pojawiła się miłość, teraz wróciliśmy do punktu wyjścia. On jest jednym z najciekawszych, najbardziej wartościowych ludzi, jakich znam.

Dziecko nie przeszkadza samotnej matce w karierze na scenie?
Pięć lat temu, gdy Mikołaj się urodził, to był najgorszy moment na dziecko. Mieliśmy jechać do Ameryki, więc wytwórnia się wściekła. A ja byłam szczęśliwa. Stwierdziłam, że jak tej Ameryce będzie zależało na nas tak naprawdę, to poczeka. No i... nie zależało.
Przestałam się podniecać tym całym śpiewaniem. Wiele kobiet się czuje w obowiązku robić karierę. Byle jaką, byle karierę. A roli matki nikt mi nie narzucił. Ja dlatego mam piersi, żeby wykarmić dziecko.
Uwielbiam śpiewać, pisać. Ale dopiero teraz, kiedy urodziłam dziecko, mogę powiedzieć, że zrobiłam coś konkretnego.

Zabierasz syna na koncerty?
Nie, bo on tego nie chce. Mówi, że to jest hałas. Smuci się, że wyjeżdżam, ale wie, kim jestem, i rozumie, że raz na jakis czas muszę wyjechać.
Nie wiem, czy dałabym sobie rade bez pomocy dziadków Krajewskich i Nosowskich. Mikołaj uwielbia ich w takim stopniu, że rozłąkę przechodzi łagodniej.

Chwali się mamą?
Raz byliśmy w kwiaciarni, a Mikołajek mówi: A wie pani, kim jest moja mama? Zbeształam go, że tak jak są panie sklepowe czy panie nauczycielki, to mama jest piosenkarką, i tyle.

Jak zespół przetrwał rozstanie z założycielem - Piotrkiem Banachem?
Po fajnym koncercie w Gdańsku, gdzie było mnóstwo ludzi i świetna zabawa, Piotrek zwołał wszystkich członków zespołu oprócz mnie (bo ja akurat byłam z Mikołajkiem i pokazywałam mu wóz strażacki od środka). Powiedział, że odchodzi i że decyzja nie podlega dyskusji. Wchodzę i widzę, że perkusista płacze; dosłownie ma mokre oczy. Wszyscy są nieswoi. Pytam, co się do cholery stało. Powiedzieli mi, że Piotrek odchodzi.
Wróciliśmy do hotelu i próbowaliśmy go przekonywać, że tak nie można, że jest nas pięcioro. Powiedział, że jest zmęczony, ale nie ma nic przeciwko temu, żebysmy dalej grali. No to ja stwierdziła, że musimy natychmiast zadzwonić do Pawła Krawczyka i zapytać, czy chce z nami grać. I zadzwoniłam przy nim.
Sama setki razy miałam wątpliwości, czy chcę jeszcze z nimi śpiewać. Ale zaraz przychodziło otrzeźwienie, że nie moge sobie nagle zakaprysić, że mam depresję. Przecież jest perkusista, są inni - którzy co zrobią? Zawsze byliśmy dumni, że nie jesteśmy zbiorowiskiem muzyków sesyjnych. Ale zespołem, kolegami.
Poza tym nie znoszę, kiedy ktoś decyduje za mnie.

Jak jest teraz w zespole?
Jak jeszcze nigdy nie było. Jeździmy na wakacje, chłopcy się umawiają na ryby. Ja nie, bo mi szkoda ryb.

W 2000 roku wróciłaś na scenę mitycznego Jarocina, na której zaczynałaś karierę.
To była inna scena. Pojechaliśmy tam z solowym projektem, z zespołem Nosowska. I to, co zobaczyłam... Pewnym rzeczom trzeba dac odejść. Jarocin - w takiej formie, w jakiej go znaliśmy - umarł. Nie ma sensu go reanimować.
Po pierwsze festiwal był za krótki. Tamten Jarocin był fajny, bo ludzie czekali cały rok, żeby wyjechać w jedno miejsce, gdzie będą się mogli poczuć razem. Na trzy dni tworzyli mikroświat - inny od świata, w którym żyli na co dzień. Czuli się w nim swobodni, mogli się ocierać o rytm muzyki. Poza tym to był festiwal związany z tamtą rzeczywistością w Polsce. Teraz w Jarocinie o nic nie chodzi.

Na ostatniej płycie Hey, sic!, pojawiają się - chyba pierwszy raz u Ciebie - obok osobistych - teksty publicystyczne.
W moim życiu osobistym nie dzieje się nic takiego, co musiałabym odreagować w tekstach. Jest dobrze i bezpiecznie, nie robię przeciągów. Jestem nieskończenie wdzięczna za ostatnie dziesięć lat. Mam trzy linie losu i cieszę się, że wybrałam tę najbliższą linii życia. Boję się samozadowolenia, braku tremy, prosić o więcej i złych podszeptów. Nie boję się samotniści, starości, zwątpień i recesji.

Czego na pewno nie zrobisz swojemu dziecku?
Jeżeli będzie szczęśliwym listonoszem, to nigdy nie będę sączyła mu do ucha, że mnie zawiódł, bo nie skończył studiów.

Poprzednia stronaIndeksNastępna stronaPoczątek strony
Design&Code by Krzysztof Ostrowski © 2003 [v.4.1] | Copyright by © musicMAG 2003 | Wszelkie prawa zastrzeżone