Menu  styczeń 2004 (13)  indeks . zapowiedzi . artykuły . recenzje . muzyka w sieci . redakcja . special numeru . magazyn on-line
musicMAG /  Internetowy Magazyn Muzyczny Poprzednia stronaIndeksNastępna strona

  

Płyty live

      Wydaje je praktycznie każdy zespół co jakiś czas. Mają być pewnym obrazem artysty. Mają pokazywać, jaki naprawdę jest. Czy jest tak w rzeczywistości? Czy nie są one tylko efektem łakomstwa na pieniądze naszych idoli? Na czym polega istota płyt live?
      Historia płyt koncertowych jest bardzo długa. Jeśli się nie mylę, to pierwsze koncerty wychodziły za sprawą grup rockowych w latach 60-tych. Warto wspomnieć o wydawnictwie jednych z prekursorów hard rocka, Deep Purple, czyli o Made In Japan. Przez wiele lat uchodziło ono za wzór płyty koncertowej. Co w nim urzekało? Na pewno atmosfera. Nic nie zastąpi wrażenia, że jesteśmy na występie wielbionego bandu. "Partie" publiczności, okrzyki, skandowania - to jest to! Poza tym wersje utworów wielokrotnie różnią się od tych studyjnych. Czy nie jesteśmy ciekawi, jak zespół wykonał dany utwór na żywo? Gdzie wokalista dał śpiewać publice, gdzie pomylił tekst. A już wszelkie zmiany w nutach czy improwizacje to dopiero smaczki!

Deep Purple - Made In Japan

      W zasadzie lata 70-te były dosyć ubogie w wydawnictwa koncertowe. Totalna jazda bez trzymanki ogarnęła za to lata 80-te. Wtedy powstawało mnóstwo koncertówek. To samo tyczy się lat 90-tych, zwłaszcza, że technika poszła do przodu i jakość nagrań live wielokrotnie się poprawiła. XXI wiek to już koncerty na najwyższym poziomie wizualnym i dźwiękowym (DVD).

      Przyczyny powstawania płyt live są błahe. Rock to muzyka, która najlepiej sprawdza się w konfrontacji z publicznością. Jest to muzyka widowiskowa nie tylko dźwiękowo, ale i wizualnie. Rock oznacza koncerty z masą efektów, grą świateł, popisami muzyków i ze świetną atmosferą. Wiadomo, że każdy zespół rockowy chce być odbierany i widziany jako istna maszyna do dawania genialnych i oszałamiających koncertów. I doskonale wydana koncertówka może im to zapewnić. Chociaż wiadomym jest, że najlepiej samemu zjawić się na występie artysty i zobaczyć na ilę naprawdę go stać.
Czasem płyty live służą niestety nikczemnemu celowi, mianowicie zbiciu kasy z fanów. Często tak jest, że wytwórnie mają prawo do dysponowania zarejestriwanymi występami artystów, z którymi kiedyś zerwali kontrakt. Mogą więc wypuścić takie wydawnictwo i zarabiać na nim. Artysta nie ma możliwości produkowania takiego albumu, wybierania kawałków. Ba! Przecież nie dostaje za niego ani grosza. Tak powstały m.in. Under A Pale Grey Sky Sepultury czy Live Era Guns N'Roses. Fakt jest faktem, że to doskonałe albumy. Szkoda, że zatwardziali fani mogą mieć po ich kupnie wyrzuty sumienia.

      Z jakich okazji wychodzą koncertówki? Z różnych! Jest kilka zespołów, które są stworzone do grania na żywo, więc co jakiś czas wypuszczają koncerty bez jakichś okazji. Będzie to napewno AC/DC, Iron Maiden, Judas Priest, Scorpions czy Kiss. Co ciekawe największą ilość płyt live wydał mało widowiskowy zespół, mianowicie Pearl Jam ( myślę, że z 40!). Eddie Vedder z kolegami obrał nieco inną technikę rzemiosła tworzenia takich albumów. Otóż rejestrował on każdy występ i prawie każdy wydał w postaci takiego oficjalnego bootlegu z tekturową okładką. Jednakże można powiedzieć, że to nie do końca bootleg. Powiedziałbym, że ma to za dobrą jakość jak na bootleg, a za słabą jak na płytę koncertową. Końcem końców interes się opłacił, zwłaszcza, że fani będący na danym performansie zapewne kupili te płyty.
Ale nadmiar płyt live raczej szkodzi zespołowi, zwłaszcza, jeśli repertuar podobny. O wiele bardziej pożądane i wielbione są wydawnictwa podsumuwujące i okazjonalne. Płyty live mają podsumowywać pewien zamknięty okres w karierze grupy. Mają być przekrojem przez najlepsze numery. Najlepiej, jakby było to dwupłytowe wydawnictwo okraszone pieczołowicie dobraną okładką. Takie koncerty wydawały gwiazdy pokroju Ozzy'ego, Maiden, Slayera, Led Zeppelin, Dream Theater, Kreatora, Marilyna Mansona itd.

KISS - Alive!
      Fajnie, jak koncerty są rejestrowane podczas przełomowego wydarzenia. Black Sabbath pomimo wielu płyt live postanowił wydać jeszcze jedną, upamiętniającą powrót Ozzy'ego do zespołu. Szkoda, że niektóre zarejestrowane koncerty okazują się pożegnalnymi. Tak było w przypadku choćby Megadeth.
Generalnie płyta live oprócz wiadomych zalet, spełniać może rolę "zapełniacza czasu". Gdy zespół nagrywa płytę studyjną, a sesja się przedłuża, trzeba dać "dzieciakom" coś na pocieszenie. Ostatnio Machine Head zgotował mi takie "pocieszenie". Album studyjny ukazał się zaledwie kilka miesięcy po Hellalive i okazał się wart czekania. Czasem te "zapełniacze czasu" okazują się genialnymi koncertami. Tak było w przypadku Rock In Rio Maiden (zwłaszcza w wersji DVD - koncert wszechczasów!) oraz Live Insurrection Roba Halforda (bombardująca jakość!)

      Jak powstają płyty live? Otóż nie każdy koncert jest rejestrowany przez profesjonalny sprzęt. Co innego nośniki typu dyktafony, kamery itp. Zawsze ktoś przemyci je na koncert i zarejestruje go. Potem się trochę ucina zarejestrowany materiał, w miarę możliwości poprawia dźwięk i nagrywa go na płytę. Tak właśnie powstają bootlegi. Na całym świecie jest ich mnóstwo. Co bardziej znane zespoły mają bootleg z każdego koncertu. Fani często robią do niego okładki i produkują w jakimśtam, niedużym nakładzie. Taki bootleg to realny zapis koncertu, rzeczywiste brzmienie, tylko, że fatalnej jakości! Z płytami live jest inaczej. Zostają wynajęci kamerzyści, fotografi, ekipa dźwiękowa i cała masa ludzi rejestrujących fonię i wizję koncertu. W obecnych czasach przypomina to kręcenie dobrego filmu akcji. Po nagraniu występu przenosimy wszystko do studia nagraniowego. Tam odbywa się proces podobny do remasterowania starych płyt, a nierzadko do nagrywania nowych, studyjnych. Przeprowadzane są zabiegi typu czyszenie dźwięku, korygowanie szumów, sprzężeń, podgłośnienie publiczności, itd. I tu należy wspomnieć o ważnym, kontrowersyjnym elemencie produkowania takich płyt. Chodzi mi o tzw. nakładki, czyli ponowne nagrywanie partii instrumentów, czy też wokali i nakładaniu ich na oryginalne. Jest to spowodowane tym, iż nierzadko dźwięk i jakość zarejestrowanego koncertu jest mierna. Artyści boją się wypuszczania takich rzeczy na rynek, więc stosują nakładki. A jest to, jak mówiłem, rzecz kontrowersyjna, gdyż jedni lubią zachwycać się genialnym dżwiękiem, a inni wolą słyszeć, jak koncert brzmiał naprawdę. Problem nasilił się w ciągu ostatnich lat, gdyż artyści po prostu z premedytacją nagrywali albumy koncertowe w ...studio. Jedyne, co zostawało z zarejestrowanych materiałów to partie publiczności, choć i te były podgłośnione do absurdalnych granic.

Iron Maiden - Rock in Rio

      Musimy wiedzieć to, że nie ma albumów koncertowych bez nakładek. Czasem jest ich bardzo mało, a czasem pełno. Warto zwrócić uwagę na opowieści muzyków, jakoby właśnie wypuścili album koncertowy w 100% na żywo. Zawsze są nakładki! Pewnym skandalem zakończyła się akcja promocyjna albumu Rock In Rio zespołu Iron Maiden. Został on zarejestrowany sprzętem najwyższej klasy, więc poważne nakładki nie były konieczne. Niestety Anglikom trochę się poprzestawiało w głowach i uznali, że w niektórych momentach ryk skandowanych przez dwustupięciesięciotysięczną publikę refrenów dochodził do nośników rejestrujących koncert z opóźnieniem ( w końcu dźwięk zanim przemierzy te hektary, to ta 1 sekunda opóźnienia zawsze jest). Toteż Bruce Dickinson (wokalista - przyp.pm.) dograł niewinne refreniki do tych ścieżek. Zrobiło się lekkie zamieszanie, jak muzycy Maiden zapewniali, że nie ma żadnych nakładek, a posiadacze bootlega z Rio mówili, że są. Poza tym każdy debil zczaiłby się, że coś tu nie gra, gdyby usłyszał, jak Bruce krzyczy scream for me Brazil!, a potem sam wykonuje refren. Cała historia zakończyła się dobrze - Rock In Rio sprzedało się w ogromnej ilości egzemplarzy. Co najważniejsze, wersja DVD w Polsce osiągnęła złoto! Artyści dostali złote płyty przed czerwcowym koncertem w Spodku, na którym miałem przyjemność być.

      Jaki jest najlepszy przepis na płytę live? Zapartując się na doświadczenia różnych zespołów myślę, że można napisać taką "instrukcję", dotyczącą wydawania koncertówek. Myślę, że zespół czy też artysta musi być w danej chwili bardzo znany i przeżywać "złote" lata. Po drugie, artysta musi mieć jakieś zaplecze - kilka płyt na koncie, nie można bowiem wydawać płyty live już po pierwszym studyjniaku. A najlepiej wydać koncertówkę po jakimś genialnym albumie studyjnym. Czasy pokazały, że najlepiej sprzedawały się wydawnictwa dwupłytowe. Ważne jest, żeby materiał pochodził z jednego koncertu, najlepiej z jakiegoś znanego miejsca. Okładka musi nawiązywać do tego miejsca. Nazwa i szata graficzna muszą świadczyć o tym, że to płyta live. Przejdźmy do spraw muzycznych. Koncertówka musi zawierać najlepsze numery zespołu plus jakiś rzadko grany smaczek. Wersje utworów z koncertu muszą być co najmniej dwa razy lepsze od wersji studyjnych. Jeśli chodzi o nakładki, to muszą być użyte w umiarze. Niektórzy artyści całkowicie nagrywają płyty koncertowe w studio. I jak tu się nie dziwić wnerwionym fanom? Ważne jest również, aby nie wydawać dwóch wersji płyt live - na CD i DVD. Wersja CD ma bowiem nikłe szanse na zainteresowanie ze strony fanów. Ale najważniejszym elementem jest, aby muzyka zawarta na koncercie była zagrana prosto z serca i była szczera. Kogo jak kogo, ale fanów się nie oszuka....

Paweł Markowski


Poprzednia stronaIndeksNastępna stronaPoczątek strony
Design&Code by Krzysztof Ostrowski © 2003 [v.4.1] | Copyright by © musicMAG 2003 | Wszelkie prawa zastrzeżone