Wielkie były moje obawy przed tym koncertem. Jeszcze wtedy nie byłem do końca przyzwyczajony do Death Metalowego przykopu i bałem się o swój stan zdrowia ;-). Obawy okazały się raczej nieuzasadnione, ponieważ moje uszy po 3 latach obcowania z muzyką metalową potrafią wiele wytrzymać. Blitzkrieg 2003 Tour pod przewodnictwem Vadera to nie lada gratka dla fanów ekstremalnego grania. Biorąc pod uwagę cenę biletów (25 złotych) był to dla wszystkich los na loterii...
Przejdę do samego widowiska, otóż stojąc pod klubem usłyszałem pierwsze uderzenia bębnów, zaraz potem uderzyły również klawisze i gitary. Zrozumiałem, że to nie rozgrzewka, a pierwszy zespół z czterech zapowiadanych. Black Metalowa Vesania dudniła już gdy wszedłem do Proximy.
Ściana dźwięku uderzyła natychmiastowo niszcząc wszystkich już od samego początku. Wokalista Vesani przypominał Nergala z Behemotha (głównie malowidłami na twarzy). Generalnie nie jestem fanem black metalowej jazdy, jednak nie przeszkadzało mi to w cieszeniu się chaotycznym szaleństwem serwowanym przez zespól. W sumie nieźle, tylko trochę nieładu wkraczało momentami. Najciekawsze były chwile w których Vesania zwalniała i stawiała raczej na mroczny nastrój (świetne klawisze). Grali krótko ale treściwie.
Jako drugi zespół po swoim świetnym intrze wyskoczył znany mi już z supportowania Sepultury FRONTSIDE. Tym razem nie miałem zamiaru się oszczędzać i dołączyłem się do licznie zgromadzonej publiki pod sceną. Frontside nie dał nikomu chwili odpoczynku (na który zresztą nikt nie liczył). Poleciały mordercze kawałki jak "Oskarżony", "Bóg stworzył Szatana" czy "Synowie ognia". Widać że wokalista Astek doskonale czuje się na scenie, zachwyca wokalem i samym zachowaniem. Dodatkiem było śpiewanie gitarzyście - demonowi "sto lat". Frontside grał dłużej od poprzednika i zdecydowanie lepsze wywarł na mnie wrażenie. Nie będę ukrywał że to chyba najlepszy występ tego wieczora i nie byłem jedyny w swoich osądach. Duże możliwości w rękach Frontside. Death Core może zrobić furorę, co zresztą zostało docenione (zaproszenie Frontside jako supportu Sepultury i Iron Maiden w tym roku). Trzymam kciuki, oby tak dalej.
Decapitated był zespołem chyba najmocniejszym tego dnia, a jeśli był mocniejszy od Vesani i Frontside, to wyobraźcie sobie moc kapeli :P... Słyszałem o nich wiele: młodzi, niezwykle utalentowani i precyzyjni. Nie da się ukryć, prędkość grania Decapitated jest oszałamiająca. Siła uderzenia nie podlega wątpliwości. Gitarzyści (w tym gościnnie Jacek Hiro z Sceptic i Dies Irae) z ogromną prędkością poruszali palcami po gryfach. To samo tyczy basisty który szalał na 5 (bądź 6, nie jestem pewien) - strunowym basie. Perkusista walił tak, że po paru kawałkach krzesełko mu poszło ;-), na szczęście problem rozwiązano. Było też "sto lat" dla Jacka Hiro (coś taki urodzinowy dzień sobie wybrali na inaugurację trasy).
|
|
Na koniec zostawiłem sobie osobę wokalisty - Saurona. Ha, to jest dopiero podopieczny. Na zdjęciu widziałem go, jako prawdziwego "metala" (długie pióra, skóra, glany itd.), a tu wyskakuje mi facet bez grama włosa na głowie! Patrzy z byka i drze się jak diabeł. Naprawdę Sauron wyglądał i darł się jak demon, aż strach się bać, wielkie brawa, duży potencjał! Kapela grała z godzinkę, pokazała się z dobrej strony, trochę brzmienie nawalało (chodzi głównie o straszne natężenie dźwięków, przez co technicznych smaczków nie sposób było wychwycić). Ogólnie bardzo przyzwoicie (hehe przyzwoicie , death metalowo).

Na temat gwiazdy wieczoru, największej rodzimej metalowej potęgi mogę napisać najmniej. (???) Dlaczego? Ponieważ o nich nie sposób napisać cokolwiek odkrywczego. Widziałem Vadera na żywo, jestem zadowolony, przyznam że trochę zmęczony byłem podczas setu i nie miałem siły na szaleństwo, może dlatego trochę gorzko odczułem występ. Vader po świetnym intrze "Makbet" wszedł kawałkiem "Dark Age" i rozwalił od początku. Bardzo, bardzo głośno grali tego dnia. Centralki docenta trzęsły się tak jak moje bębenki w uszach. Niestety przez tą głośność nie dochodziły mych uszu solówki (tzn. dochodziły ale jakoś nie do końca), to samo z wokalem i jakimiś przejściami. Trochę mi czegoś brakowało, pewnie sił. A może za dużo słuchałem Vadera przez koncertem? No nic, ale i tak było rewelacyjnie. Nowy basista Novy (jakże adekwatna ksywa) grał dobrze, pasuje to bandu. Poleciały numery ze starych płyt, niektórych nawet nie poznałem, poleciał Sothis, poleciał Black to The Blind, a także z nowszych kompozycji "Revelations of Black Moses", "Epitaph" , "Nomad", "Wings", "Xeper" i wiele innych. Najfajniejszym gościem z Vadera jest dla mnie Mauser - gitarzysta, bardzo charyzmatyczny, z takim przylepionym do buzi złośliwym spojrzeniem ;-), grał on sporą część solówek , wbrew temu co się dzieje na studyjnych płytkach. No po prostu Vader!
Kończę relację, bawiłem się świetnie, zakwasy szyi były ogromne, wspomnienia pozostaną, całe szczęście następny koncert death metalowy już wkrótce ;-)
Ugluk
|