Żyło sobie kiedyś dwóch braci Hawkinsów. Justin i Dan byli zawsze bardzo muzykalni, ale chyba nie myśleli poważnie o zarabianiu pieniędzy graniem. Stało się jednak tak, że pewnej sylwestrowej nocy Justin wziął udział w konkursie karaoke i fenomenalnie wykonał Bohemian Rhapsody wiadomego zespołu. Dan był przy tym i wbiło go w ziemię wykonanie brata, zwłaszcza, że wcześniej nie podejrzewał Justina o takie zdolności. Panowie dogadali się z Frankie'em Poullainem - gitarzystą basowym oraz Edem Grahamem - perkusistą i założyli grupę. Szybko podpisali kontrakt wart 3,5 mln dolarów i wydali pierwszy album. Nosi on nazwę Permission to Land.
Album otwiera dynamiczny i pożerający zmysły kawałek Black Shuck, który bardzo trafnie określa klimat płyty. Otóż panowie postanowli przypomnieć czasy świetności Queen, AC/DC czy Kiss. Utwór brzmi niezwykle świeżo i porywająco. Na pierwszy rzut "ucha" wyróżniają się chrakterystyczne "ejsidisowskie" riffy i zalatujący Freddie'em Mercury'm wokal Justina Hawkinsa.
Kolejne kawałki w zasadzie nie odbiegają poziomem od pierwszego. Jest głośno, ostro, przebojowo, świeżo i cholernie porywjąco.
|
|
Czasem dostaniemy po uszach nastrojową balladą, a czasem wymiataczem z klasyczną solówką. To trochę dziwne, ale płytka "wchodzi" od razu. Mam przeczucia, że debiut The Darkness ma spore szanse, by wejść do kanonu rock'n'rolla. Gdy słucha się genialnych albumów Nirvany, Guns N'Roses czy AC/DC to entuzjazm, jaki towarzyszy delektowaniu się dźwiękami jest bardzo podobny do tego, jaki teraz przeżywam, słuchając Permission to Land. Panowie z wysp nie tylko muzycznie przejęli "retro - konwencję", ale i image'owo. Wszyscy wyglądają, jakby żywcem wzięto ich z kochanych lat 70-tych. A Justin to już chyba któreśtam wcielenie Freddie'go Mercury'ego. Identyczny ubiór, zachowanie, wokal i nawet wada zgryzu ta sama, co mistrza. Dobrze, że to nie tania imitacja, tylko pewna rewolucja. Rewolucja, która zaowocowała w świetny album. W zasadzie ostatnio mam problemy z oderwaniem się od słuchania tego cacka. To ewenement na muzycznym rynku. Nikt bowiem tak już nie gra. Z jednej strony kłaniają się lata 70-te, z drugiej utwory nie śmierdzą kiczem i obciachem. Ten album ma w sobię jakąś magię, która włada ciałem i umysłem słuchającego. Mimo, iż nie wierzę politykom, to Blair ma niezły gust. To najlepszy album rockowy, jaki w tym roku usłyszałem. Polecam każdemu spragnionemu wyśmienitego rocka spod znaku w/w zespołów. W zasadzie płyta i tak sporo namieszała. Myślę, że Polska też zostanie zdobyta i powalona tym longiem. Płyta rocku!!!!!!!
Paweł Markowski
|