Myślę, że zanim przejdę do rzeczy objaśnię w skrócie, kto to w ogóle jest. Otóż King Diamond, czyli Kim Benedix Petersen urodził się w Danii, gdzie mieszkał i uczył się grać. Oprócz muzyki jego wielką pasją były horrory. To one staną się tematem przewodnim w jego dziełach, ale o tym później. Kim tułał się od zespołu do zespołu, aż wreszcie w 1981 roku założył wraz z gitarzystą Hankiem Shermannem grupę Mercyful Fate. Grupa przy pomocy holenderskiej wytwórni Stone Sound Studio wydała mini album, zatytułowany Nuns Have No Fun. To na nim grupa zdradziła swoje fascynacje czarną magią i okultyzmem. Muzyka, jaka gościła na płytcie to posępny, zakorzeniony w latach 70-tych heavy - metal. Co ciekawe na tle utworów zdecydowanie wyróżniał się niesamowicie klimatyczny wokal Kinga. Częste zmiany barwy, nagłe przeskoki o kilka oktaw naraz do góry to charakterystyka śpiewu Diamonda.
Najbardziej chrakterystyczną manierą, obecną na wszystkich jego albumach to bardzo częste jechanie odrażającym falsetem przez całe utwory. W 1983 Mercyful Fate wydał pierwszego długograja, pt. Melissa, na którym znalazły się takie kanony heavy - metalu, jak Curse of the Pharaohs, Satan's Fall czy Evil. Formuła metalu grana przez MF czy też Venom różniła się jednak znacznie od klimatów a la Iron Maiden, Judas Priest czy też Ozzy Osbourne. Różnica polegała na tym, iż zasadniczą rolę spełniały tu mroczne, posępne teksty o tematyce głęboko zainspirowanej satanizmem, morderstwami i innymi tego typu makabreskami. Do całości bardzo pasowała muzyka. Panowały w niej nastroje minorowe, ponure dźwięki, złowieszcze riffy. W 1984 roku panowie wydali kultowe dzieło Don't Break The Oath. Wraz z tą płytą Mercyful Fate weszli do historii najlepszych grup metalowych. Do tej pory właśnie ta płyta stanowi odnośnik do wszystkich późniejszych dzieł Diamonda. Polecam każdemu posłuchanie tego albumu, gdyż jest on przerażająco doskonały. Don't Break The Oath oraz płyty Venom stały się jakby inspiracją do stworzenia nowego gatunku muzyki, jakim był black metal. Po trasie promującej te dzieło MF przestali istnieć ( wewnętrzne kłótnie).
Mr. Kim nie mógł jednak dać sobie spokoju z muzyką, więc zebrał ekipę ( w której m.in. gitarzysta - Andy La Rocque i perkusista - Mikkey Dee ) i założył grupę dla niepoznaki nazwaną King Diamond.
|
|
Już na gwiazdkę panowie wypuścili singiel do albumu Fatal Portrait, zatytułowany No Presents For Christmas. Była to trochę jajcarska wariacja na temat świąt - nigdy później Diamond nie stworzył takiego utworu. Co ciekawe zmieniła się nieco konwencja. I nie chodzi bynajmniej o styl grania - tylko o koncept. Od tamtej pory King nagrywał bowiem albumy, na których numery tworzą jedną całość - scenariusz horroru. Chociaż jaki to tam scenariusz, to po prostu jeden wielki horror. I muszę przyznać, że nie wali od tego kiczem, tak jak od starych tekstów MF. W 1986 wyszła kultowa Abigail, potem równie dobre Them. W 1992 nastąpiła reaktywacja Mercyful Fate w oryginalnym składzie. Od tamtej pory King Diamond nagrywa pod dwoma szyldami. Co ciekawe z płyty na płytę różnice pomiędzy stylami MF i KD zacierały się. Ostatnimi latami Diamond przeżywał kryzys twórczy. Nagrywał coraz to gorsze płyty. W końcu z braku pomysłów zdecydował się na ostateczność - przywrócił do życia kultową Abigail. I tak w 2002 wyszła na rynek płyta Abigail II - the Revenge, która jednych dobiła, a drugich ucieszyła. Mi bardzo się podobała, dlatego nie sądziłem, że Kingowi uda się jeszcze coś ciekawego wymyślić. Nastał listpadad roku 2003 i wyszła nowa płyta...
To, że King Diamond szybko wydaje płyty wiadomo od dawna. Szkoda, że szybkość nie idzie w parze z jakością. Tym razem czekaliśmy prawie półtora roku. Czy warto? Otóż po przesłuchaniu stwierdzam, że King dał trochę ciała. Po pierwsze album produkcyjnie w ogóle nie różni się od poprzednika. Po drugie jak zwykle mamy to samo - przerażająca historia, dużo riffów w utworze, brak schematu zwrotka - refren, fajne solówki. Niby każdy fan się powinien ucieszyć, ale King naprawdę już dawno zjadł nie tylko własny ogon, ale i tułów. To, co się chwali, to na pewno ciekawsze utwory niż w Abigail II. Od razu słychać, że są bardziej dopracowane. Ponadto nie irytują już te gwałtowne piski Kinga. Partie wokalne są bardziej stonowane, a Królowi pomaga czasem nawet pewna niewiasta. Myślę, że to jednak jest spowodowane starzeniem się pana Petersena - gardło już nie te. A więc w skrócie : The Puppet Master to kolejna porcja wyśmienitego heavy - metalu spod znaku Kinga Diamonda. Król jak zwykle napisał przerażającą historię i oprawił ją w niezwykłe dźwięki. Całość przypomina trochę metalowy teatr ze świetnymi riffami, motywami, wokalami, solówkami. Jest jedno "ale". Otóż to wszystko już było, a sam King wydał sporo ciekawszych płyt, więc obawiam się, że The Puppet Master przepadnie równie szybko, jak się pokazał.
Paweł Markowski
|