Cóż można napisać o ścieżce dźwiękowej do jednego z najwybitniejszych osiągnięć kina amerykańskiego. Iż podszyta paranoją, że po wysłuchaniu nastąpi eksplozja, że czas musi nastać niemiłosiernie. Na wzór zegara, który pożera ćwierć za ćwiercią. Trzeba go mijać z dala, gdyż w nim mieszka śmierć.
Za warstwę dźwiękową odpowiedzialny jest reżyser filmu wraz z Carminą Coppolą. Otwarcie płyty to jeden ze sztandarowych utworów muzyki rockowej "THE END" grupy THE DOORS. Odprężenie przychodzi jedynie w utworze "SUZI Q" DALE'a HAWKINS'a, z ciekawą free jazzową improwizacją saksofonu, który towarzyszy występowi króliczków PLAYBOY'A, zagrzewających marine's strapionych Wietnamską wojną.
|
|
Po czym dalej następuje budowanie paranoicznej atmosfery. Pogrążanie w mroku i agonia trwa.
Płyta niczym domostwo śmierci, tak jakby nie przeznaczono nic oczom krokom i ustom. I jakby nie było na świecie nikogo. Kto spośród zmarłych szedłby na nasze spotkanie. Cykliczne sny bez końca dookoła i z powrotem. Sny w których lęk jest namacalny do granic wytrzymałości. Nim zapadnie ostateczna noc, fragment WAGNERA "DIE WALKURE" podbudowuje morale.
Obłęd wojny zawarty w muzyce. Zegar bije namiętnie. Podróż w górę rzeki trwa. Człowiek o chorej duszy cytuje "Wydrążonych ludzi" Thomas'a Eliot'a. I ciągle coś jest jeszcze dalej. W skład pamięci wchodzi zapominanie. To co było w pułkowniku, lecz nie było nim, odzywało się cicho jak rzeka, która płynąc z niczym nie łączy swej wody. Jej brzeg to cisza. Piękno tej płyty wizualizuje się po obejrzeniu filmu.
/kass/
|