W końcu po trzech latach przerwy Godsmack powraca z nowym albumem. Bostończycy przygotowali tym razem 12 utworów, które niewiele odbiegają od dwóch poprzednich płyt.
Po wciśnięciu play w odtwarzaczu słychać strzały, wybuchy bomb, przelatujący helikopter. Wojna po prostu. Jednak po chwili chłopaki zaczynają grać "Straight Out Of Line" - pierwszy singiel płyty. Nie jest to może hit na miarę "Awake" czy "Keep Away", ale dobrze charakteryzuje nowy album: ciężki początek, wolniejsza zwrotka, czad w refrenie, gdzieś w środku solówka. Wśród zaprezentowanych utworów znalazło się miejsce na "I Stand Alone", które z powodzeniem promowało soundtrack do "Króla Skorpiona". Jak ktoś słyszał tą piosenkę i mu się spodobała, to nie zawiedzie się całą nową płytą Godsmacka. Końcówka albumu, tradycyjnie u Godsmacka jest spokojniejsza, ale nie balladowa. Rozpoczyna ją "The Awakeing" z plemiennymi bębnami i głosami modlitwy o deszcz, czy czegoś takiego. Trwa to około 1,5 minuty. Następnie zaczyna się "Serenity". Tajemnicze, ze spokojną grą gitary, smyczkami i bębnami brzmiącymi podobnie jak w poprzedniej piosence. Refren przypomina trochę "Voodoo" z debiutanckiego krążka, ale na tym podobieństwa się kończą.
|
|
Jest to doskonałe zakończenie płyty, wyciszenie po dawce czadu.
"Faceless" jest naprawdę fajną płytą. Dla tych co nie słyszeli wcześniej Godsmacka, może wydać się dziwne, że nie ma tu sampli, rapu, chociaż zespół jest dość młody. Ci co słyszeli poprzednie ich płyty i boją się wtórności, mogą spać spokojnie. Chociaż radykalnie nie zmienili stylu i niektóre piosenki mogą wydawać się znajome, to album ten udowadnia, że chłopaki wciąż się rozwijają. W porównaniu z poprzednimi dokonaniami Sully śpiewa lepiej, słychać bardziej skomplikowane riffy, chociaż już mniej przebojowe. W środku utworów jest więcej zwolnień, coś jak w "Stress" z debiutu. No i bluzgów jest troszkę mniej. Najwięcej faków słychać oczywiście w "I Fucking Hate You". Jeden jest jeszcze w "Releasing The Demons" i to wszystko. Bardziej wrażliwi mogą zawsze przewinąć do przodu.
Podsumowując: "Faceless" jest niezłą następczynią "Awake" i dobrze się jej słucha, chociaż nie ma ewidentnego hiciora, który wgniótłby w ziemię. Każdy kto lubi nowoczesne, ale pod pewnymi względami klasyczne granie powinien się w tą płytkę zaopatrzyć. Na pewno się nie zawiedzie.
Westa
|