Nareszcie jest! Długo oczekiwany album legendy metalu wyszedł na rynek 8 września. Natychmiast poleciałem do sklepu i kupiłem to heavymetalowe cudo. Ups! wygadałem się. Ale co tu ukrywać - jest to cudo. Najlepszy album Iron Maiden, jaki można sobie wyobrazić.
Muszę się przyznać, że za pierwszym przesłuchaniem widziałem w nim Brave New World II. Mija już drugi tydzień ciągłego smakowania albumu i mogę poprzedni krążek brytyjczyków odstawić na dalszą półkę. Harris i spółka stworzyli bowiem dzieło tak wybitne i wciągające, że nie sposób skupić się na czymkolwiek, gdy w pobliżu płyną dźwięki Dance Of Death. Mnóstwo ludzi niestety nabrało się przy pierwszych trzech numerach. Pan Leszczyński z Idola niezbyt zna się na muzyce rockowej, skoro zarzuca Maidenom wtórność. Jest to bowiem w przypadku oceniania kolejnych płyt Ironów bardzo częstym zabiegiem. Przecież Brave New World również zarzucano brak pomysłów, mimo, iż była to do tej pory najbardziej urozmaicona niestandardowymi pomysłami płyta. Wątpie, że Leszczu w ogóle przesłuchał całą płytę. Ważne, że ja znam ją na tyle dobrze, by nie oceniać ją po teledysku...
Na temat klipu nie wypowiem się, wolę się skupić na muzyce. Całość rozpoczyna Wildest Dreams. Niestety mimo, iż robiony "pod" The Wicker Mana, nie porywa tak mocno. Ciekawostką jest fakt, iż nie usunięto studyjnie odliczania Harrisa (one - two - one - two - three - four). Zabieg ten można wytłumaczyć chęcią pokazania fanom, że zespół nagrywał razem na żywo. Dalej robi się już ciekawie. Rainmaker rozpoczyna się ciekawym motywem gitarowym zanikającym we zwrotce. Mimo, iż utwór przeznaczony na drugiego singla, to jest znacznie ciekawszy od poprzednika. To w nim poznajemy pierwsze różnice od poprzedniego albumu. Przede wszystkim słychać trzy gitary(!), co daje efekt większej liczby decybeli ulatniających się z głośników. Po drugie czasami słychać wyraźnie klawisze w tle, co zredukowało wrażenie pustki. Niestety, po świetnym zaklinaczu deszczu, dostałem po uszach utworem Harrisa No More Lies. Jest to bez wątpienia najmniej ciekawy utwór, gdyż brzmi, jak typowe Maiden. Zaczyna się charakterystyczną partią basu, potem jest cicho i wolno, a zaraz potem głośno i szybko - to wszystko gdzieś już słyszałem. Ten numer mógłby znaleźć się na każdym albumie dziewicy. Oczywiście nie zmienia to faktu, że jest niezły. Ale to, co dostałem później przeszło moje oczekiwania. Montsegur rozpoczyna się najciężej brzmiącą nawałnicą trzech gitar w historii Iron Maiden. Utwór ma świetny refren i super klimat. Był dla mnie opus magnum tego albumu, lecz usłyszałem numer tytułowy. Taniec Śmierci to wbijający w ziemię swoim brzmieniem utwór. Znowu klimat średniowieczny, lecz tym razem swój udział miała orkiestra i klawisze. To wszystko razem z trzema gitarami (które wyraźnie słychać) i genialnymi popisami Bruce'a Dickinsona daje potężny efekt.
|
|
Tekst również zasługuje na pochwałę. Kolejny utwór to Gates Of Tomorrow, który rozpoczyna się ciekawym efektem gitarowym Gersa w stylu amerykańskiego hard rocka lat 80-tych. Następny hit to napisany przez Nicko (!) New Frontier. Kompozycja ma świetny refren, lepszy od poprzednika. W środku następuje wspaniałe przejście do solówkowej jazdy. Ciekawiło mnie, czemu Harris pogrupował te utwory o podobnym czasie trwania jeden po drugim. Teraz już wiem. To miało zapewne rozluźnić słuchacza przed największym kąskiem tego albumu. Paschendale, bo o nim mowa, to bez wątpienia najciekawszy utwór Maiden w historii. The Nomad przy nim to wystrzał z kapiszona. Na początku nietypowo, bo klawiszowo. Potem gitary i Dickinson budują niesamowicie żałobny klimat. A dalej do głosu dochodzą potężne partie orkiestry, które dają takiego kopa, że utwór powala natychmiast. To mój ulubiony utwór na płycie, chociaż teraz, to pewnie ogólnie Ironów. A najlepsze jest w nim to, że zabiera mnie w mentalną podróż do czasów I wojny światowej. Kolejna nietypowa kompozycja to Face In The Sand. Zaczyna się jakby miał być imitacją Blood Brothers, ale potem jest znacznie lepiej. Po raz pierwszy Nicko jedzie cały czas na dwie stopy. Przez cały utwór przewija się enigmatyczna partia klawiszy w tle. Przedostatni kawałek to dzieło Murraya Age Of Innocence ze świetnymi partiami gitar i ciekawym refrenem. Na zakończenie kolejne dzieło - akustyczny i arcygenialny zarazem Journey man.
Płyta jako całość rozkłada poprzednie dzieło Maiden na kolana. Mimo pewnego niedosytu związanego z pierwszym singlem, oraz z No More Lies ten album jest niewątpliwie największym dziełem brytyjczyków. A co powoduje, że jest lepszy od poprzednika?
- Więcej niestandardowych niespodzianek
- Płyta jest głośniejsza od BNW, bardziej powalająca, potężniejsza, więcej instrumentów na niej słychać, w tym...
- Trzy gitary !!!! - słyszalne prawie w każdym utworze
- Brak słabych utworów, smętnych przedłużeń (vide The Thin Line Between Love & Hate na BNW), czy też irytująco długich refrenów (np. The Mercenary na BNW)
- Śpiew Dickinsona to majstersztyk, słychać więcej uczucia w porównaniu do BNW
- Ciekawsze partie orkiestry i klawiszy.
To tylko niektóre z rzeczy, które panom z Maiden wyszły lepiej na tym albumie niż na poprzednim. Proponuję wszystkim Wam, abyście teraz udali się do sklepu i kupili tę płytę (nie tylko metalowcy, gdyż to dzieło na skalę całej muzyki). Ci, którzy jej jeszcze niesłuchali będą biedniejsi o najlepsze doznania muzyczne, jakie tylko się da.
Paweł Markowski
|