Cztery lata fani musieli czekać na ten album. 2000 rok okazał się bardzo ciekawym rokiem dla Pantery. Po wydaniu ów albumu wyruszyli bowiem w bardzo udaną trasę.
Oczywiście nic nie zastąpi tego, co działo się na początku lat 90-tych na festiwalu Monsters of Rock w Moskwie. No ale metal przeżywa lekki regres, co nie jest spowodowane brakiem inicjatywy twórczej muzyków, ale raczej małym zainteresowanie mediów. Tak więc Pantera weszła w nowe tysiąclecie z impetem. Płyta zbierała dobre opinie, w końcu mamy do czynienia z metalem najwyższych lotów. Phil znów powrócił do dawnego śpiewania, a instrumentaliści przestali pisać dziwaczne utwory.
|
|
Phil znów powrócił do dawnego śpiewania, a instrumentaliści przestali pisać dziwaczne utwory. Ponadto dostaliśmy po uszach znowu genialnym brzmieniem. Jest znowu mocno, ciężko, przejrzyście i wirtuozersko. Ale mimo wszystko chyba brakuje tej płycie takich prawdziwych, rasowych hiciorów. No, oprócz Yesterday Don't Mean Shit - jak żyje to bardziej wypasionego numeru Pantery nie słyszałem. Jest fajny Hellbound, Goddamn Electric czy Revolution Is My Name. Szkoda tylko, że druga część płyty tak nie porywa. Mimo wszystko polecam ten album, bo jest bardzo świeży, genialnie brzmiący, no i niestety jest to ostatni album studyjny Pantery.
Paweł Markowski
|