Po doskonałym Far Beyond Driven chłopaki z Texasu mieli przed sobą trudne zadanie. Jak tu bowiem przebić dwie poprzednie, już klasyczne płyty?
Vinnie i spółka postanowili pójść w kierunku poprzedniego krążka, tylko uprościć aranżacje. Na Far.. pełno bowiem było pokręconych zmian tempa czy riffów. Tu mamy poza schematem piosenkowym pewną inowację. Już na wcześniejszych krążkach Phil nieźle dawał czadu (a pomyśleć, że niedawno jeszcze śpiewał powermetalowo), ale tym razem przegiął pałę. Tak drze niemiłosiernie ryja, że po prostu nawet mnie to denerwuje. Jego wcześniejszy growl był melodyjny (!), a teraz rzeczywiście stał się trochę bez uczucia. To słychać wyraźnie już w pierwszym utworze.
|
|
To, co jeszcze mnie nurtuje, to kompletnie chore riffy. Wystarczy posłuchać pokręconego Suicide Note Pt. 2 czy Sandblasted Skin, by przekonać się z jak banalnego riffu można stworzyć utwór. Oczywiście nie brakuje również nieco spokojniejszych i chyba ciekawszych numerów, typu War Nerve czy Drag The Waters. Dobrze, że zespół nie zapomina o starych fanach (Living Trough Me) oraz, że znajduje w tym wszystkim chwile wytchnienia (Sucide Note Pt.1, Floods). Spośród wszystkich (od 1990) płyt Pantery jednak to ta uważana jest za tę najgorszą. Wszystko za sprawą tego przesadnie brutalnego wokalu i dziwacznych riffów, o czym wcześniej mówiłem. Aczkolwiek na tle ostatniego albumu, Reinventing The Steel, prezentuje się całkiem nienajgorzej. Polecam ten album dopiero po zapoznaniu się z poprzednimi produkcjami zespołu.
Paweł Markowski
|