Zacznę od tego, że trudno mi zrecenzować tak dziwną (nie jest to określenie pejoratywne, bynajmniej!!) płytkę jednej z najbardziej cenionych przeze mnie kapel. Spróbuję.
Siódma płyta studyjna kapeli Hey zaskakuje odejściem od dotychczasowego stylu. Muzyka jest bardziej refleksyjna, spokojniejsza niż na poprzednich płytach. Kompozytorem wszystkich piosenek jest "zastępca" Piotra Banacha - Paweł Krawczyk znany z solowych płyt Katarzyny Nosowskiej, które charakteryzowały się właśnie refleksyjnością oraz eksperymentami z elektroniką. Wpływy solowych płyt Nosowskiej są widoczne, biorąc pod uwagę także to, iż wokalistka jest współkompozytorem utworów z "Music music".
Płytka zaczyna się swoistym intrem w postaci piosenki "Music music music" z 1950 r., której fragmenty towarzyszą także 9., 10. i 13. utworowi. Trudno znaleźć na krążku kompozycje typowo rockowe. Nawet takim piosenkom, jak "Muka!", "Missy seepy" czy "Mataforgana" nie brak elektronicznych "smaczków". Dużo jest piosenek refleksyjnych, wręcz nudnych za pierwszym razem, lecz po kilku przesłuchaniach łatwo dostrzec urok kompozycji. Dzieje się tak w przypadku "Mru-mru", "Mahjong" lub "Morf&ny".
|
|
Najbardziej "chwytliwe" melodie mają szybka "Muka!", będąca singlem, "Moll", posiadający ciekawy, zapadający w pamięć riff prowadzący oraz "Mehehe" - "nowoczesna", oparta na elektronice, lecz dzielnie wspomagana instrumentami kompozycja. Głos Nosowskiej dalej taki sam świetny - kiedy trzeba drze się, ale potrafi zaśpiewać zadziwiająco wysokim, lirycznym głosem, by za chwilę przejść do charakterystycznego sobie, zachrypniętego, przepalonego głosu. Właściwie jej głos posiada wszelkie cechy kameleona:).
Oczywiście wokalistka nie zawodzi nas jako (IMO jeden z niewielu najlepszych w Polsce) textwriter! Texty posiadają typowe dla Katarzyny absurdy, które po wsłuchaniu nabierają sensu. Jak zwykle dużo tu bacznej obserwacji otaczającego świata, ubranej w swoiste, zakręcone jak sandały Mojżesza, komentarze:) Ale mamy też mnóstwo tekstów osobistych, delikatnych, wręcz efemerycznych, jeśli można użyć tego wyrażenia.
Nie ukrywam, że ucieszyłabym się z "powrotu do korzeni", lecz rozumiem, toleruję i odnajduję obecny wizerunek Hey. Płyta może nie podobać się fanom przyzwyczajonym do mocnego grania Heya, ale myślę, że kapela dojrzała, będąc lekko znużona tymże mocnym graniem i taka a nie inna płyta odzwierciedla ich muzyczną tożsamość.
oostra
|