Mieszkańcy lewego skrzydła świetnie opanowali zawiłości dialektyki. Uważają, że znają sposób uleczenia ojczyzny. Znają odpowiedź na każde pytanie, komentują donośnie każdą sytuację; doskonale wiedzą co należy wzmocnić w państwie, a kogo pogonić. Rzucają w oponenta taliami kart z pojęciami, nieugiętego obrzucają kamieniami pięści. Ekonomia i ustrój państwa nie ma przed nimi żadnych tajemnic. Wiedzą wszystko, a chcą wiedzieć o wszystkich. Podnoszą głos i mówią o szkodliwym lewactwie. Uwagę o skrajnościach wynikających z nacjonalizmu i powiązaniu władzy z religią kwitują pobłażliwym uśmieszkiem.
Kto dał im te słowa.
Y mówi, że w lewym skrzydle śmierdzi nacjonalizmem.
Nie można wygrać z dialektyką. Dialektyka istnieje dla siebie samej i uzasadnia wszystko. Dialektyka usuwa wątpliwości. Dodatkowa siła kierowana jest przeciwko wątpiącym. Kółka dyskutantów wyjaśniających sobie nawzajem, dlaczego wymyślony przez nich sposób uleczenia wszystkiego, począwszy od ustroju państwa, przez ekonomię, do umysłów obywateli, jest dobry, a nawet najlepszy. Spierają się, ale nigdy nie są wobec siebie w opozycji. Tandetny teatr niedouczonych dla postronnych naiwnych. Wtrącającemu się natrętowi zostanie z marszu udowodniona jego miałkość, wewnętrzna sprzeczność, jeżeli tylko spróbuje być w kontrze do głoszonych tez.
Wiernych nie przekonasz.
Po co rozmawiasz z gimnazjalistami — pyta J. Mają po dwadzieściakilka lat i to ich dzieci będą budować nasz kraj, odpowiadam. Może rozsądniej nie mieć dzieci.
Mówią o lepszym życiu i sprawiedliwości. A to tylko kolejny Reichwurm niszczący winnice ich umysłów.