Po dwudziestu trzech latach Przystanek Woodstock zmienił się w festiwal Pol'and'rock. Według zapewnień organizatora, ta wymuszona formalnie zmiana, nie miała wpłynąć w jakikolwiek sposób na ducha festiwalu. Z pomysłem dobrana nowa marka z pewnością nie wymusiła większych (lub też żadnych) zmian w przestrzeni reklamowej. Stare hasła promocyjne pozostały aktualne, jak choćby ...jak co roku na Woodstocku z nową nazwą nadal rymowało się składnie. Pewne, choć na pierwszy rzut oka dość trudno dostrzegalne, elementu festiwalu uległy transformacji, czy może odpowiedniej byłoby napisać, zagubieniu.
Nowe rozdanie przyniosło koncerty międzynarodowych gwiazd — tutaj warto wspomnieć francuską Gojirę czy amerykańskiego Soulfly'a — oraz legend — z mocno promującym festiwal brytyjskim Judas Priestem na czele. Taki zestaw, wsparty głównie bardzo popularnymi polskimi artystami (m.in. Zalewski, Lao Che, Pablopavo, Hunter), zagwarantował organizatorom ogromne tłumy uczestników tegorocznej edycji festiwalu. Był to bez wątpienia celny ruch budujący solidne podstawy pod nową markę. Z mojego punktu widzenia, bywalca imprezy od jej dziesiątej edycji (tak, to już 15 lat!), nie było to aż tak przyjemne przeżycie, podobnie jak nie było nim goszczenie The Prodigy w roku 2011, i jego dziesiątek tysięcy sympatyków — głównie przypadkowych uczestników, często zupełnie nie rozumiejących idei przyświecających Przystankowi Woodstock, czy też ich umyślnie nieszanujących. Wystarczy dodać do tego grodzenie (w ramach rezerwacji lub i nie) publicznej przestrzeni pola namiotowego; niekończące się kolejki do polowego Lidla, do kas w strefie Lecha, czy też do umywalek i innych sanitariatów aby wywołać irytację, zwłaszcza gdy wszystko odbywa się przy rekordowych upałach: buchającym z nieba żarze, którego ta impreza chyba jeszcze nie widziała.
Temperatura powietrza na polu w znacznej mierze kontrolowała mój, choć domyślam się, że nie tylko mój, grafik doświadczania festiwalu. Nie dający się znieść upał zaczynał się około godziny piętnastej, i trwał co najmniej do godziny osiemnastej. Ten okres spędzało się w cieniu lasu, a nie pod scenami, a tam właśnie powinno się być. Mnóstwo koncertów i spotkań zostało bezpowrotnie straconych. Noc była o wiele łaskawsza, jednak nie we wszystkich aspektach.
Koncerty, które przyniosły muzyczną rozkosz to przede wszystkim występ kwintetu Tomasza Chyły i Tides From Nebula. W mojej pamięci na długo pozostanie Wojtek Mazolewski z gośćmi (Wojciech Waglewski, John Porter, Ania Rusowicz, zespół Śląsk, i inni), a to wszystko dzięki dźwiękom wspaniałego Théme de Yoyo z roku 1970, kompozycji legendarnej free jazzowej grupy Art Ensemble of Chicago z elektryzującym wokalem Fontelli Bass, którego to utworu myślałem, że nigdy w życiu nie usłyszę na żywo. Mimo lekkiej zmiany aranżu, której dokonał Mazolewski (głównie usunął nieco pięknego zgiełku spod znaku free, który wybornie podkreśla napięcie wyrażone w warstwie tekstowej), Théme de Yoyo obronił się w wykonaniu Johna Portera i Ani Rusowicz. Słowa utworu (za genius.com: różnice są w fart/fuck) zamieszczam poniżej (autorem jest Noreen Beasley):
Your head is like a yoyo
Your neck is like the string
Your body's like a camembert
Oozing from its skin
Your fanny's like two sperm whales
Floating down the Seine
Your voice is like a long fuck
That's music to your brain
Your eyes are two blind eagles
That kill what they can't see
Your hands are like two shovels
Digging in me
And your love is like an oil-well
Dig, dig, dig, dig it
On the Champs-Elysees
Ogromną klasę pokazała francuska Gojira, gdzie wyrafinowany wizualny minimalizm wyśmienicie współgrał z wysoką jakością muzyki i wokalu Duplantiera. Sporym rozczarowaniem dla mnie był występ grupy Soulfly, któremu, zdaje się, zabrakło konceptu dla koncertu. Spodziewałem się mroku lasów tropikalnych, eksplozji skomplikowanych rytmów i nieoczywistych instrumentacji, nagłych przełamań nastroju utworów, i głębokich otchłani okultystycznej tajemnicy. Otrzymałem za to typowy metalowy koncert przerywany śpiewaniem stadionowego Olé, Olé, Olé... Soulfly.
Do występów, które dobrze wspominam, zaliczam jeszcze udany koncert Krzysztofa Zalewskiego, dobry występ Lao Che w wersji prawie-unplugged, bujające jazzowo-funkowe P.Unity, i prawdziwie woodstockowy Blues Pills z elektryzującą wokalistką.
Nie od dzisiaj wiadomo, że festiwal Jurka Owsiaka ma wielu zajadłych oponentów, wręcz zadeklarowanych wrogów. Promowana wielopoziomowa otwartość ludzi na samych siebie, czy wyzbycie się (czy też próba wyzbycia się) kompleksów dotyczących własnego ja ukrytego w cielesności, jest solą w oku wielu. Solą, której próbują pozbyć się wszelkimi sposobami. Nie bez powodu to niemiecka straż pożarna zaoferowała swoją pomoc, nie bez powodu nałożono wymóg zatrważającej ilości różnego rodzaju służb porządkowych (często bardzo nieprzyjemnych: z niszczeniem zamkniętych puszek piwa zakupionego na polu, i przeganianiem spod cienia namiotów z bibelotami włącznie), i nie bez powodu nakazano ustawić różnego rodzaju zapory, barierki i inne przeszkody, które mają zniechęcić do tego festiwalu. Mdliło mnie, gdy o tym myślałem w pociągu powrotnym.
Idąc leśną drogą nieopodal pola festiwalowego usłyszałem:
I on mi wtedy powiedział, że przeprasza, że jest Niemcem.