
Już tradycyjnie w dniach przed ważniejszymi świętami przydarzają mi się rzeczy dziwne i absurdalne. Okazuje się, że nie tylko mnie.
Rektor "mojej" Politechniki wpisał do harmonogramu ostatnie dwa dni października jako wolne od zajęć dydaktycznych. Korzystając z okazji, wybrałem się na wycieczkę pociągiem w strony rodzinne.
Przy kasach biletowych, tradycyjnie, zaczepił mnie żul, który domagał się, aby go wysłuchać. Próżne jego żale, bo twardo obstawałem przy "nie dam pieniędzy". Ten jednak nie dał za wygraną i wycedził:
Deportowali mnie z Belgii, zbieram na bilet do Piaseczna
Rozbawiło mnie to niemiłosiernie, takiego argumentu jeszcze nie słyszałem. Obroniłem się powiastką o biednych studentach i kartach kredytowych. Deportowany zniechęcony zawinął się do kumpli sprzed budynku PKP.
To był pierwszy znak zwiastujący, że dzisiejszy dzień jest szczególny.
Drugi i ostatni znak przyniosła ze sobą kontrola biletowa. Bilet kupiony dzisiaj, na dzisiejszy pociąg został wystawiony, z błędu biletera, na jutro (30.10). Zazwyczaj kupujący nie sprawdza daty wydrukowanej na bilecie, z wyjątkiem sytuacji, kiedy płaci za bilet na konkretny dzień. Tutaj jednak nie było takiego wyjątku.
Datę zauważył sapiący kontroler w pociągu Bosman, po czym zażądał zapłacenia kary za legalizację zmiany terminu wyjazdu. Na pytanie, dlaczego mój Ausweiss jest nieważny i co to za komunistyczne przepisy dostałem tylko: "od października są nowe przepisy" oraz, że mam się nie żalić tylko płacić. Skany biletu oraz "dopłaty" są tutaj.
Znalazłem te "nowe przepisy" na stronie PKP. W dostępnych na tych stronach PDF-ach jest niewiele o "legalizacji zmiany terminu wyjazdu", poza tym tylko, że zmienił się tryb "legalizacji".
Jak wygląda jakość świadczonych przez PKP usług nie sposób nie zauważyć (poczuć, dotknąć, etc.). Jak się ma stale malejący współczynnik jakość/cena również trudno nie zauważyć. Do refleksji.